UE zmusi blogerów, żeby ujawnili swoje dane, czytam dziś w sieci głosy oburzenia. Np. w Pardonie. Albo u Kota.
I nie rozumiem, o co ten krzyk. Jeśli coś piszę, podpisuję się pod tym. Można mnie wepchnąć w Google i sprawdzić, czy nie mam powiązań z jakąś grupą interesu, agencją PR-owską i nie wiadomo czym tam jeszcze. A przeciętnego blogera piszącego pod ksywką nie można, w każdym razie nie tak łatwo.
Być może “katalog blogów” z imionami, nazwiskami, numerami NIP i dowodów to za dużo. Ale np. przestępstwa w sieci powinno się móc łatwiej ścigać. I powinno się zadawać pytania wszystkim tym państwu z blogów typu “TuskWatch” - kim są i czyje interesy realizują. Zbyt często okazywało się, że anonimowy bloger opluwający jedną opcję polityczną jest człowiekiem wynajętym przez drugą opcję, a nie “zatroskanym obywatelem”.
Te wszystkie uwagi, rzecz jasna, dotyczy przede wszystkim blogów o charakterze politycznym. Choć problemem niewątpliwie też są np. popularne blogi o modzie, urodzie czy gadżetach, zawierające product placement. Ot, zwyczajnie, chciałabym wiedzieć, kto i za ile wykupił u nich reklamę. I co jest reklamą, a co nie jest.
Nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić i czy “katalog” jest słusznym rozwiązaniem. Ale nie widzę na razie lepszego.
Puste krzesło w dzisiejszym “Meet the Press” w NBC. Przez 17 lat zajmował je Tim Russert, najlepszy bodaj komentator polityczny w amerykańskiej TV.
Zmarł w piątek na zawał, podczas przygotowywania programu. Miał zaledwie 58 lat. To wielki szok, zważywszy że jeszcze parę dni temu jak zwykle komentował prawybory. Bez niego i jego grillowania polityków ta kampania nie będzie już taka sama. Nie mam też pojęcia, czyje tezy będziemy wszyscy podkradać…
Ciepłe wspomnienie o Timie znajdziecie w Białym Domku. Zobaczcie też koniecznie, jak żegnali go koledzy z NBC:
A jeśli ktoś niespecjalnie kojarzy, kim jest ten pan – wrzućcie nazwisko w Google albo w YouTube. Obejrzyjcie kilka kawałków. Może też zobaczycie różnicę jakościową, jaka dzieliła tego pana i naszych przepytywaczy-propagandzistów pokroju Olejnik czy Lisa.
Uff, koniec prawyborów! Dobrze, bo już mnie ta zabawa zaczęła poważnie nużyć. A ostatni jej akt, wczorajszą Montanę i Daktotę Południową, w większości przespałam.
Zastanawiam się tylko, czego chce Hillary Clinton. Obama zapewnił już sobie nominację. Na jego stronę przeszli kolejni superdelegaci. Wszystkie, ale to wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Demokraci właśnie wybrali pierwszego czarnego kandydata na prezydenta.
Ze sztabu Hillary tymczasem nadchodzą sprzeczne wieści. Najpierw miała powiedzieć, że się wycofuje. Potem to zdementowała. Potem kolejne przecieki dowodziły, że chce być wiceprezydentem. Sama nic w sumie nie powiedziała – tylko tyle, że dziękuje, gratuluje Obamie i że rywalizacja z nim była dla niej zaszczytem.
Pytanie, co dalej. Hillary nie zrezygnowała. Jeśli faktycznie chce wyciągnąć do Obamy rękę i sięgnąć po pozycję nr 2, będzie ciekawie. Z jednej strony, taki duet byłby niepokonany. Z drugiej, jeśli Obama propozycję przyjmie, to będą ciężkie dla niego 4 lata. Bo Hillary nie potrafi być numerem 2.
Grupa MoveOn.org ogłosiła właśnie zwycięzcę na najlepszą obywatelską reklamówkę Baracka Obamy. Wygrał klip, który dowodzi, że nawet Republikanie głosują na Obamę i to właśnie on będzie pokazywany w telewizji - o ile uda się zebrać kasę na emisję (wpłacać można na stronie MoveOn.org):
Pełen zestaw finalistów obejrzeć możecie TUTAJ. Mnie się podoba “Purple”:
Ale wszystkich nie oglądałam, za dużo ich i większość najwyżej średnia. Muszę jednak przyznać, że imponuje i ilość nadesłanych prac, i jakość niektórych, i nazwiska “sędziów”, którzy wybierali najlepsze (m.in.: Matt Damon, Ben Affleck, Oliver Stone, Eddie Vedder, lider Pearl Jam). Lista jurorów konkursu dowodzi, że bankomat o nazwie Hollywood jest w całości do dyspozycji Obamy. A takie ruchy jak MoveOn też potrafią całkiem sprawnie zbierać kasę. John McCain może mieć z tym spory problem w listopadzie.
Jak postanowiłam, tak czynię - wracam do pisania o kampanii. Serca do Hillary i Obamy na razie nie mam, za to zachwycił mnie nius w blogu Bena Smitha z Politico.
Otóż w Teksasie, niedaleko Dell City, powstaje Paulville - miasteczko, którego mieszkańcami będą wyłącznie miłośnicy Rona Paula, wyznawcy freedom and liberty bez ograniczeń. Kto chce zamieszkać z resztą wyznawców libertarianina - może dołączyć do nich na stronie paulville.org. Tam też dowiecie się więcej o przedsięwzięciu, jeśli nie jesteście pewni, czy chcecie:
The goal of Paulville.org it to establish gated communities containing 100% Ron Paul supporters and or people that live by the ideals of freedom and liberty.
Disease, prowadzący blog w Pardonie, sugerował kiedyś, żeby wyeksportować gdzieś do jakiegoś własnego państwa wyznawców JKM i niech tam zaznają libertariańskiej szczęśliwości. RonPaulowcy wpadli na to sami. I wcale nie jestem przekonana, że źle na tym wyjdą (:
Urocza rzecz w wykonaniu dwóch długowłosych panów prosto z Tajwanu, która robi ponoć od niedawna furorę w polskim internecie. Rzecz jest z roku 2001, szybko odkryliśmy (: Ale warta propagowania:
PS. Wybaczcie przerwę. Postaram się wkrótce wrócić do pisania o kampanii, choć przyznam, że ostatnio totalnie mnie już te wybory znużyły. Z drugiej strony ciężko byłoby się pożegnać z kimkolwiek z tej, naprawdę mocnej, trójki. Pacie, trwaj.
Kto chce mnie widywać częściej, zapraszam na Daily Pazurek na Pingerze. Btw. muszę przyznać, że tamta forma blogowania jest mi bliższa i nie pozostaje to bez wpływu na macierzysty blog. Zawsze byłam zwolenniczką lakonicznych form wyrazu, w dodatku tutaj wklejenie czegokolwiek zajmuje parę minut, tam 2-3 sekundy. Co poradzę…
Wybaczcie, moi drodzy, nie dałam rady jechać tu i na Pardonie jednocześnie. Winny jest oczywiście Aster ;] Kto jest ciekaw, jak skończyła się nocka w Pensylwanii - zapraszam na Pardon.
Dziś prawybory w Pensylwanii, przedstawiane jako głosowanie ostatniej szansy dla Hillary Clinton. Tylko jedno jest pewne: jeśli przegra, naprawdę nie ma czego już szukać w tych wyborach.
Ale prawdopodobnie nie przegra. Wygra, tyle że niezbyt wysoko. A sytuacja patowa u Demokratów będzie trwać. Zdaje sobie z tego sprawę sam Obama. Jej zwycięstwo przewidują też niemal wszystkie sondaże. Ale Hillary ma już w nich nie 20% przewagi, jak na początku, ale co najwyżej 10.
Pytanie tylko, czy jeśli w białej, robotniczej Pensylwanii Hillary wygra kilkoma procentami, będzie mieć jeszcze co szukać w tych wyborach. 12 milionów ludzi (głosować będzie ok. 4 mln zarejestrowanych Demokratów), w większości biała (82%!), niższa klasa średnia, sporo osób w średnim wieku i kobiet takich jak pracownice Wal-Mart, opisywane ostatnio przez “Business Week”. Dla nich bardziej naturalne byłoby zagłosowanie na McCaina, niż na Obamę.
Barack Obama może liczyć w Pensylwanii na głosy wyborców młodszych, bogatszych i niezbyt licznych czarnych. Tradycyjnie też do niego będą należeć kampusy. Sytuację poprawią mu też duże miasta. Ale i tak wygląda to dość biednie. Mimo to w sondażach oboje mają niemal po równo.
Jak potoczą się losy obojga kandydatów po Pensylwanii? Paradoksalnie, najbardziej prawdopodobne jest, że nic się nie zmieni. Trudno jest mi wyobrazić rezygnację Hillary po zwycięstwie, nawet jeśli będzie ono niskie. Pozostanie w grze, a sytuacja patowa jak trwa, tak trwać będzie. Zwłaszcza że system wyborczy faworyzuje wyborów z dużych miast, takich jak Filadelfia, która zapewne przypadnie Obamie.
Według wyliczeń agencji AP, Obama prowadzi teraz ponad setką delegatów – ma ich 1645, Hillary – 1507. Do nominacji trzeba 2025. Zdecydują więc superdelegaci. Czy zagłosują wbrew woli zwykłych wyborców? Hillary jest przekonana, że tak. Chyba już tylko ona. Ale to jej przekonanie może kosztować Demokratów prezydenturę.
Na deser: na co zwrócić uwagę, oglądając Pensylwanię – o tym niezawodny Politico. Relacja live być może będzie na Pazurku, ale nie obiecuję. Problemy techniczne mam znowu ;/
Już Barack Obama był w ogródku, już witał się z gąską, a tu… taka gafa! Kandydat właśnie obraził sporą część własnego elektoratu i oto kampania w Pensylwanii nabiera rumieńców.
Na piątkowym spotkaniu z wyborcami Obama określił mieszkańców małych robotniczych miasteczek mianem “zgorzkniałych”. Wypowiedź, zacytowaną przez “Huffington Post” w sumie troszkę przypadkiem, zdążyły już powtórzyć tysiące razy najważniejsze amerykańskie media:
Jedźcie do któregoś z tych małych miasteczek w Pensylwanii, gdzie – jak w małych miasteczkach Midwestu – ludzie stracili pracę na najbliższe 25 lat i nie są w stanie znaleźć nowej.
Nic dziwnego, że stają się zgorzkniali. Zwracają się ku broni albo religii, zaczynają nienawidzić ludzi, którzy nie są tacy jak oni, pojawia się wrogość wobec imigrantów albo wolnego handlu jako wyjaśnienie ich frustracji.
Choć to, co powiedział, jest mniej więcej zgodne z prawdą (w tym sensie mniej więcej, że faktycznie ludzi bez perspektyw w amerykańskich rural areas coraz więcej, ale co do tego ma broń i religia, to już nie wiem), sztaby Clinton i McCaina skorzystały z okazji i rozdmuchały sprawę.
Wyszło na to, że Obama się wywyższa, czuje się przedstawicielem elity, lepszym od pracujących w fabrykach tudzież bezrobotnych blue collars. I choć kandydat natychmiast zaczął wyjaśniać, że nie miał nic złego na myśli, w Pensylwanii jest już raczej skończony. A właśnie zaczynał tam doganiać Clinton w sondażach.
Shit happens ;]
PS. Troszeczkę inną wersję historii o “zgorzkniałych” loserach z małych robotniczych miasteczek znajdziecie w Spinroomie, świeżutkim blogu o wyborach. Polecam :)
Condoleezza Rice wiceprezydentem u Johna McCaina? Taka plotka krąży, odkąd jeden ze strategów senatora palnął na antenie ABC, że już trwają zakulisowe targi, a Condie zabiega o wiceprezydenturę od miesięcy.
I Condie, i McCain zaprzeczali już awielokrotnie. Ona stwierdziła, że nie interesuje ją stanowisko pochodzące z wyborów, jest urzędnikiem, a kiedy skończy się jej praca w Waszyngtonie, zamierza wrócić na uczelnię. On zaprzeczał troszkę mniej stanowczo: no cóż, Rice nie wydaje się być zainteresowana.
O sprawie pisałam już w Pardonie. Wyszło mi, że team McCain-Condie nie jest najlepszym pomysłem, ponieważ pani sekretarz stanu jest jedną z najbardziej nielubianych osób administracji Busha. A dla McCaina najlepiej by było, gdyby nie otaczał się żadnymi, a co dopiero nielubianymi politykami z otoczenia Busha.
Niezależnie od liczby zaprzeczeń, nius nadal żyje w mediach własnym życiem. CNN prezentuje sondaż (Marist College/WNBC), z którego wynika, że Rice z McCainem są w stanie pokonać wszystko i wszystkich. Na przykład startujących razem Obamę i Clinton. I tak, jeśli Demokraci wystawiliby team Clinton-Obama, McCain z Rice pokonają ich 49-46%. Team Obama-Clinton – 49-44%.
Dokładniej niestety nikt tego nie analizował, przypuszczam jednak, że ma to coś wspólnego z tym, iż Condoleezza jest nie dość że kobietą, to jeszcze czarną. Ciekawe, czy widząc takie sondaże, Republikanie jednak rozważą namówienie Rice na wspólny start z McCainem.
W ogóle to ciekawe, że ostatnio McCain wygrywa już w sondażach z każdym. Sondaże wewnątrzrepublikańskie dają mu przewagę wręcz miażdżącą, inne trochę mniejszą. A Demokraci jak się prali po mordach, tak się piorą. Obama ostatnio podpadł pensylwańskim gejom. Ale i tak w Pensylwanii niemal remis. Clinton udziela się w programach TV, nie śpi prawie, tylko wiecuje i liczy na to, że Pensylwania jednak będzie jej. A nawet gdyby nie była, pewnie się nie wycofa.
McCain to przy nich oaza spokoju. Na dodatek bardziej doświadczony niż Clinton, mówi nie gorzej niż Obama. A czasem to nawet mówi o tym samym co Obama i wypada… lepiej:
Dziwny jest ten świat. Demokraci mają szansę przegrać wszystko na własne życzenie. Obama i Clinton sprawili, że ich zwolennicy znienawidzili przeciwnika. Co chwila ukazują się sondaże, z których wynika, że fani Obamy nie zagłosują w listopadzie na Clinton, a fani Clinton zdecydowanie wolą McCaina niż Obamę. Miał szansę uratować sytuację dreamticket Obama-Clinton (lub Clinton-Obama). Ale teraz już nawet on nie daje rady McCainowi. To się porobiło…