Kupiłam dziś rano “Dziennik”. Otwieram, co ja mówię, nawet otwierać nie musiałam. Już na jedynce zaatakował mnie tytuł “Palikot wślizguje się do Klarysewa?” i taki oto tekścik (z internetu już zniknął, ale zachowałam sobie screeny, do poczytania tutaj):
Firma widmo, rzekomo działająca w Norwegii, złożyła wniosek o wynajęcie rezydencji prezydenta RP w Klarysewie. QGA & Partners nie jest zarejestrowana ani w Polsce, ani w Norwegii, a jej warszawska siedziba to zamknięte na głucho mieszkanie prywatne. Nie ma nawet telefonu. Kto za nią stoi? Tropy prowadzą do posła PO Janusza Palikota, któremu już trzykrotnie odmówiono udostępnienia prezydenckiej willi.
Mała próbka:

Ale fajny michałek!, myślę sobie i rzucam się na szóstą stronę, gdzie jest reszta tekstu. Okazuje się, że to cały elaborat, podpisany przez dziennikarza śledczego (!). A niech mnie, toż to jakaś poważna sprawa jest, może przekręt jakiś nowy palikotowy! Zwłaszcza że na górze stronicy jest wielki, wyraźnie zatroskany Palikot. Dorwali go!
Czytam więc i czytam, i… poznaję. Już sam pytajnik w tytule nie wróży najlepiej. Jedno zdanie od Palikota, zapewne SMS. Wyraźne zaprzeczenie. Po co miałby zaprzeczać, gdyby to była jego zabawka? Pochwaliłby się, dowcipem rzucił, reklamę sobie od razu zrobił.
Zostawiłam więc to nieszczęsne dziełko i zabrałam się za szukanie innych michałków. Po paru godzinach michałek pojawił się sam i to znacznie bardziej smakowity, niż mogłam sobie życzyć. “Wprost”:
“Wprost” ustalił, kto kryje się za rzekomą “kolejną prowokacją Janusza Palikota” nagłośnioną przez “Dziennik” – to dziennikarze “Faktu”, których redakcja mieści się dwa piętra nad kolegami z “Dziennika”. Nieoficjalnie potwierdzili nam, że złożyli wniosek do Kancelarii Prezydenta podając zmyśloną nazwę i siedzibę firmy aby sprawdzić, czy im uda się sztuka, jaka nie powiodła się Palikotowi.
Dziennikarstwo schodzi na psy. Można dziś napisać już wszystko, byle postawić na końcu znak zapytania. Przecież nie będę się ze wszystkimi procesował – mówi “Wprost” o tej sprawie Palikot.
Nie sposób się z nim zgodzić, zwłaszcza że sam specem od pytajników jest całkiem znanym. Ale pal go licho, nie o niego tu chodzi, lecz o “Dziennik”. Wystarczyło, żeby ów “dziennikarz śledczy”, autor kłamstwa na pierwszej stronie ogólnopolskiej gazety, którą czytają tysiące ludzi, uważnie posłuchał, co ma do powiedzenia sam główny zainteresowany w tej sprawie. I uznał, że skoro nie ma dowodów, iż mówi nieprawdę, to może jednak warto dać mu wiarę, przynajmniej na papierze. Inaczej to się nazywa pomówienie.
Kiedy obserwuję skalę koloryzowania, przeinaczania i pospolitego kłamania w tzw. mediach tradycyjnych, trafia mnie szlag. Dla wydawcy serwisu internetowego każdy dzień jest jak prima aprilis. Czytając każdego niusa musi pomyśleć, ile w nim prawdy i czy warto rzecz podawać dalej, czy tylko się wygłupimy. Zaczynam się poważnie zastanawiać nad stworzeniem bloga albo nawet serwisu w sieci typu “watch”, monitorującego media tradycyjne właśnie.
Pytanie tylko, czy da się tropić insynuacje niskim nakładem środków i samemu przy tym oprzeć się pokusie insynuowania.
0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.