Już niedługo brytyjskie szkoły uświadomią dzieciaki, co w internecie piszczy. Będą lekcje o Twitterze, blogowaniu, Wikipedii i innych dobrodziejstwach sieci.
Aż dziw, że dopiero teraz ktoś na to wpadł. Jak donoszą brytyjskie media, szkoły podstawowe czeka mała rewolucja. Zwiększy się nacisk na nauki praktyczne, mniej będzie teorii. Dzieciaki będą się więc uczyć o takich rzeczach jak miniblogi, podcasty czy Wikipedia. Będą się uczyć zdobywania wiedzy przez internet. Wyszukiwania potrzebnych informacji. Pisania blogerskich notek.
I to jest dobra wiadomość. W dzisiejszym świecie nie ma nic ważniejszego niż umiejętność szybkiego znalezienia w sieci potrzebnej wiedzy. Powinni tego uczyć w szkołach, bo dzięki temu na studia i do pracy nie szliby komputerowi analfabeci, których jedyną umiejętnością jest wysłanie maila i przejrzenie Pudelka.
Ale coś za coś. Żeby był czas na nauczanie rzeczy praktycznych, trzeba zabrać godziny teorii. Brytyjskie dzieci, które szeroką wiedzą i tak już nie grzeszą, nie będą więc w pierwszych klasach nauczane takich rzeczy historia drugiej wojny światowej, epoka wiktoriańska czy liczenie w pamięci. Bo to już jest zbytnia specjalizacja.
Wielka Brytania postanowiła więc wyhodować pokolenie idiotów, którzy będą umieli pisać blogi, ale nie będą mieć wiedzy, jaką posiadać powinien bloger za pisanie się zabierający. Nacisk na Twittera dowodzi jednak, że nie o to chodzi. Chodzi o sklecenie paru zrozumiałych zdań w języku ojczystym. Może być o tym, co się jadło na kolację, albo o ulubionej gwieździe. Who cares.
A taki fajny pomysł by z tego był. Nie rezygnując z podstaw historii czy matematyki, można by wprowadzić jedną lekcję tygodniowo o źródłach informacji w internecie. I wilk byłby syty, i owca cała. Zdecydowanie powinniśmy się nad takim rozwiązaniem zastanowić również i my, w Polsce.