Zawsze uważałam, że jest coś niewłaściwego w dzieciach protestujących przeciw aborcji. Katolicy mówią co prawda, że dziecko jest najlepszym argumentem pro life, ale właśnie – jest argumentem, a nie przedstawia argumenty. Jest argumentem, jest rzeczą, jest kukiełką w grze, z której nic nie rozumie. Nie ma poglądów na dany temat, bo i jak ma je mieć – mimo to je przedstawia publicznie. Ponieważ jakiś nawiedzony dorosły mu tak kazał. To chore.
Cóż jednak zrobić z 12-letnią dziewczynką, z przekonaniem wygłaszającą monolog zaczynający się takimi oto słowami:
Co gdybym Ci powiedziała, że właśnie w tej chwili ktoś wybiera, czy masz żyć czy umrzesz? A gdybym Ci powiedziała, że wybór ten nie jest oparty na tym, co potrafisz, lub czego nie potrafisz zrobić, co zrobiłeś w przeszłości lub możesz zrobić w przyszłości? A gdybym Ci powiedziała, że nie możesz nic na ten wybór poradzić?
Dziewczynką, która ponoć godzinami siedziała nad szkolną prezentacją na ten drażliwy temat, mimo że odwodzili ją od tego rodzice i nauczyciele. Dziewczynką, która każdym swoim słowem porusza w nas wszystkie struny. Dziewczynką, której przemowę ogląda co godzinę na YouTube kilka tysięcy ludzi z całego świata (w chwili gdy to piszę widziało ją już prawie 150 tysięcy internautów).
Możesz powiedzieć, że to marketing, PR, szopka przygotowana przez dorosłych, zgrabnie wyrecytowany wierszyk. Możesz, a nawet powinieneś poszukać dziur w tej argumentacji, wszak wiesz, że w życiu nie ma aż tak czarno-białych kwestii. Możesz zwalić winę na rodziców, którzy wrzucili kontrowersyjną mowę swojego dziecka na YouTube, kto ich tam wie w jakim celu.
Ale jeśli widziałeś choć parę razy w życiu polskich posłów dukających coś na sejmowej mównicy, jeśli choć raz widziałeś mlaskającego prezydenta i bełkoczących ministrów, nie będziesz w stanie odmówić temu dziecku wielkiego talentu i niesamowitej siły przekazu. I wiesz, że miałbyś niezły orzech do zgryzienia, gdyby ci powiedziała, że najpierw chce wygrać wybory, a potem zbawić świat. :)