Barack Obama ogłosił wiceprezydenta. To Joe Biden, wieloletni senator Demokratów z Delaware. Troszkę przypomina McCaina.
Komentatorzy nie są pewni, czy Biden Obamie bardziej pomoże czy zaszkodzi. Ja też mądrzejsza w tej kwestii nie jestem. Z jednej strony Biden jest żywym zaprzeczeniem najważniejszych haseł z programu Obamy. “Change”, walka z waszyngtońskim lobby czy nawet bardziej łagodna polityka zagraniczna – wszystko to w towarzystwie tego pana staje się niewiarygodne.
Możliwe jednak, że nie będzie to po prostu mieć znaczenia. Twardy elektorat Obamy i tak łyknie wszystko, byle tylko nie mieć Busha II. Część stanów i tak jest stracona. Spośród stanów, które się wahają, duże znaczenie będą mieć robotnicze Ohio i Pensylwania. To przede wszystkim do nich, tych wszystkich “zgorzkniałych” fanów Hillary, będzie mówić urodzony w Pensylwanii, w robotniczej rodzinie Biden.
Republikanie łatwo jednak mogą sobie z niego zrobić tarczę strzelniczą. Ot, choćby dlatego, że senator nie zawsze myśli, co mówi. Pierwsze efekty już są – w postaci reklamówki McCaina o Bidenie, wypuszczonej w parę godzin po nocnej nominacji:
Ameryka ma już swojego zwycięzcę wojny na Kaukazie. To John McCain, kandydat Republikanów w wyborach prezydenckich.
Baracka Obamę średnio interesuje polityka zagraniczna. W piątek, dzień po wybuchu konfliktu na Kaukazie, kandydat Demokratów wyjechał na urlop. Wcześniej ograniczył się do dwóch krótkich oświadczeń dotyczących wojny. W pierwszym wezwał obie strony do zaprzestania walki. Winnego nie określił. Wyraźnie bał się choćby użyć słowa “Rosja”.
Zmusił go jednak przeciwnik polityczny, który bezpardonowo powiedział prawdę: winny jest tu tylko jeden i jest nim Rosja. McCain wezwał Moskwę do zaprzestania ataku, a władze USA i UE do zdecydowanej reakcji. Obama nie miał wyjścia. Sprawdził szybciutko, o co w tym wszystkim chodzi i za chwilę miał już nowe oświadczenie, zadziwiająco podobne do tego, które już wygłosił Republikanin.
Na tym udział Obamy w konflikcie kaukaskim chwilowo się zakończył. Senator z Arizony dwoi się tymczasem i troi, by media zauważyły, że się zna. I że to on powinien być tym, który odbierze czerwony telefon dzwoniący w Białym Domu w środku nocy. Po pierwszych, ogólnikowych słowach przyszła kolej na więcej. Dziś McCain ma już cały plan działań dyplomatycznych. Nieważne jaki ani czy sensowny. Ważne, że jest. Ważne, że media mają o czym mówić.
Senator z Arizony mówi m.in. o koniecznym spotkaniu ministrów grupy G-7 celem przedyskutowania kryzysu. Właśnie tak, G-7. Media mogą więc przy tej okazji do woli przypominać, że McCain chce wykluczenia Rosji z G-8. To chwytliwe hasło, zwłaszcza że Amerykanie nie mają wątpliwości, kto w konflikcie na Kaukazie jest tym złym. Zbigniew Brzeziński mówi o powtórce z ataku na Finlandię, inni przypominają Węgry ‘56, jeszcze inni Polskę ‘39. Amerykanie nie muszą wiedzieć, co to takiego ta “Georgia” i o co w tym wszystkim chodzi. Są jednak pewni, że nagrzeszyła Rosja – bo zawsze grzeszy Rosja.
Antyrosyjski senator chętnie więc przypomina o swoim istnieniu i kwalifikacjach, sypie pomysłami i czeka na skok w sondażach. Już teraz ponad połowa Amerykanów wskazuje właśnie jego jako lepszego wodza naczelnego. Obamę – zaledwie 25%. Im dłużej polityka zagraniczna i bezpieczeństwa pozostanie najważniejszą sprawą, tym więcej zyska McCain. Wojnę w Gruzji już wygrał. A Obama robi, co może, by rozmiary tego zwycięstwa były jak największe. Aż się HuffPost zatroskał :)
Przeglądam zaległe niusy i zadziwia mnie dzień wczorajszy. Ceremonii otwarcia igrzysk widziałam ledwie kawałek, ale była to jedna z największych rzeczy, jakie w życiu oglądałam. I chyba zaczynam się bać. Współzależności gospodarcze to jedno. Nie da się zaprzeczyć ich istnieniu. Ale mam wrażenie, że sprzedajemy swoją przyszłą wolność za tanie majtki. Może nie dziś, może nie za 5 lat, nawet nie za 10 – ale Chiny naprawdę będą rządzić światem. Dzięki nam.
Wojna w Gruzji – pokaz hipokryzji i słabości rosyjskiego kolosa. Czeczenia była “wewnętrzną sprawą Rosji”, Osetia wewnętrzną sprawą Gruzji już nie jest. Giną rosyjscy żołnierze, więc wybucha wojna. Pierwsze pytanie rozsądnego człowieka: co, do ciężkiej cholery, robili rosyjscy żołnierze na terytorium Gruzji!? Po co Putinowi ta awantura, też nie wiem. Chce zrobić wrażenie na świecie, atakując malutkie państewko? To ma być pokaz siły? O jeny. I jeszcze jedno. Gdzie jest Bush? Gdzie jest NATO? Gdzie jest ONZ? Gdzie jest olimpijski pokój?
Do tego wszystkiego katastrofa pociągu Kraków-Praga. Trochę się nim najeździłam. Moi znajomi w nim byli wczoraj, kumpel jechał na weekend ze swoją laską do czeskiej stolicy. Jechali z tyłu, prawie nic nim nie jest. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia.
To był zdecydowanie dzień przykrych niusów. Na zakończenie jeszcze okazało się, że John Edwards, przykładny tatuś i małżonek chorej na raka Elizabeth, faktycznie miał kochankę. Wyszło szydło z worka, choć amerykańskie media uparły się milczeć. No to po Edwardsie. Płakać nie będę, jednego populistę mniej przynajmniej – ale ogrom hipokryzji na szczytach polityki jest przerażający.
Można dostać depresji od samego czytania nagłówków. A może ktoś ma jakiegoś pozytywnego niusa?
Przejechał się sztab Obamy, oj, przejechał! Próbował wmówić wyborcom, że każda próba krytyki Obamy (w tym przypadku reklamówka “Celeb”) to już rasizm. I nie wyszło.
Według nowego sondażu Rasmussena, jedynie (aż?) 22% Amerykanów uwierzyło w te brednie. Za rasistowski uznano za to komentarz Obamy, który powiedział, że Republikanie będą nim straszyć ludzi, bo nie wygląda jak typowy prezydent z banknotu dolarowego. Ta wypowiedź podpadła aż 53% badanych przez Rasmussen.
Zarzucanie rasizmu czarnemu wydaje się cokolwiek nie na miejscu. Trudno jednak nie zauważyć, że Obama jeśli tylko może, gra kolorem swojej skóry, domagając się z jej powodu przywilejów. Jak widać, większości Amerykanów nie spodobało się to, że polityk, który chce być ich przywódcą, uważa, iż należy mu się specjalne traktowanie.
Sztab Obamy nerwowo zareagował na trafny prztyczek w nos ze strony McCaina. Od razu to poczuł w sondażach. I dobrze, bo jęczenie, że boli, argumentem nie jest. Dziwi mnie tylko, że 22% społeczeństwa daje się robić w konia. Cóż, być może to niedużo. Jednak jeśli wziąć pod uwagę, że w klipie McCaina dopatrzeć się można różnych przewin, ale nie ma tam nic, co pozwalałoby posądzić autorów o rasizm – te 22% ludzi nie potrafiących nic samodzielnie zrozumieć to liczba gigantyczna.
Oceniana przeze mnie jako słaba, bo tak przesadzona, że aż boli, zdobyła w ciągu doby pół miliona odsłon na YouTube. Więc to chyba jednak jest jakieś wydarzenie, choć będę się upierać, że daleko temu klipowi do “Celeb”.
Sztab Johna McCaina wypuścił reklamówkę, w której Barack Obama potraktowany został na równi z Britney Spears i Paris Hilton. Czy to już kampania?
Kilka dni temu czytałam u jak zawsze świetnego Wołejki o czarnej kampanii i na wspomnienie słów Karla Rove’a, który powiedział o Johnie Kerrym Kiedy skończymy, ludzie nie będą wiedzieć, po której stronie walczył w Wietnamie, aż mi się łezka w oku zakręciła. Bo to, co mamy teraz w Stanach przypomina jakieś wielkie kopanie ogórków, a nie prawdziwą kampanię. A już kiedy Obama wyjechał w swoją podróż życia do Europy i na Bliski Wschód, w mediach zrobiło się totalnie jednostajnie.
Kampanii nie było. Oczywiście, to Republikanie czekają. Czekają, bo mają mniej kasy. Czekają, bo nie mają powodu się spieszyć. Przed przypadającymi na przełom sierpnia i września wielkimi konwencjami obu partii nie ma sensu zaczynać wielkich manewrów, ponieważ wyborcy i tak większość z tego zapomną. A jednak dobijające było to wrażenie, że mamy do czynienia z plebiscytem. W mediach niepodzielnie królował Obama. McCain, jeśli już się pojawiał, to w charakterze chłopca do bicia. Wyciągano mu wszelkie możliwe pierdoły, jak choćby słynny już Viagra Moment.
Prawdziwej kampanii ze strony Republikanów nie było. Dlatego, jako zapowiedź takowej, cieszy mnie najnowsza reklamówka senatora z Arizony, zatytułowana “Celeb”. Obama został w niej potraktowany jak medialna gwiazdeczka nie najwyższych lotów. Dodatkowo wytknięto mu zamiar podniesienia podatków (swoją drogą, ktoś powinien wreszcie dokładnie podliczyć, ile będą kosztować podatnika te wszystkie piękne plany Demokratów – jak obowiązkowa opieka medyczna) i chęć postawienia nie na odwierty przy brzegach USA, lecz na ropę z zagranicy.
Najważniejszy element tego spotu to jednak nie zarzuty merytoryczne, ale te krótkie migawki, w których pojawiają się Barack Obama, Britney Spears i Paris Hilton, z towarzyszącym im hasłem z offu: Jest największą gwiazdą na świecie, ale czy jest gotowy, by zostać przywódcą?. Tak bezczelne porównanie do tego, co w show-biznesie najgorsze, wywołało już reakcje i liberalnych mediów, gdzie pojawiły się nawet zarzuty, że McCain to rasista, i Hollywood, które generalnie czuje się “poirytowane”, i rzecznika Obamy, który zabawnie złajał McCaina, że to wstyd, być dumnym z reklamówki z Britney i Paris. Zareagował wreszcie tatuś tej ostatniej, który pochwalił się mediom, że on zagłosuje na Republikanina. Do tego wszystkiego doszedł niewielki, ale jednak, skok McCaina w sondażach, który zapewne nie pozostaje bez związku z tym zagraniem.
Oczywiście, nie zamierzam zaprzeczać, że reklamówka jest prymitywna. Ale jaka ma być, skoro mają zrozumieć ją masy. Ważne, żeby w głowach części Amerykanów pojawiło się skojarzenie Obama = szmatławe gwiazdki, które nie mają nic poza własną buzią. Bo czym innym jest wypominać Obamie poparcie Hollywood – które jest pełne ludzi niekoniecznie może rozgarniętych, ale utalentowanych i pracowitych już tak – a czym innym pokazać go na tle tego, co w gwiazdorskim światku najgorsze.
Moim zdaniem udało się to całkiem nieźle. Czarna kampania republikańskich strategów ruszyła. Zobaczymy, czy okaże się skuteczniejsza niż wyczyny ludzi Hillary Clinton :)