UE zmusi blogerów, żeby ujawnili swoje dane, czytam dziś w sieci głosy oburzenia. Np. w Pardonie. Albo u Kota.
I nie rozumiem, o co ten krzyk. Jeśli coś piszę, podpisuję się pod tym. Można mnie wepchnąć w Google i sprawdzić, czy nie mam powiązań z jakąś grupą interesu, agencją PR-owską i nie wiadomo czym tam jeszcze. A przeciętnego blogera piszącego pod ksywką nie można, w każdym razie nie tak łatwo.
Być może “katalog blogów” z imionami, nazwiskami, numerami NIP i dowodów to za dużo. Ale np. przestępstwa w sieci powinno się móc łatwiej ścigać. I powinno się zadawać pytania wszystkim tym państwu z blogów typu “TuskWatch” – kim są i czyje interesy realizują. Zbyt często okazywało się, że anonimowy bloger opluwający jedną opcję polityczną jest człowiekiem wynajętym przez drugą opcję, a nie “zatroskanym obywatelem”.
Te wszystkie uwagi, rzecz jasna, dotyczy przede wszystkim blogów o charakterze politycznym. Choć problemem niewątpliwie też są np. popularne blogi o modzie, urodzie czy gadżetach, zawierające product placement. Ot, zwyczajnie, chciałabym wiedzieć, kto i za ile wykupił u nich reklamę. I co jest reklamą, a co nie jest.
Nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić i czy “katalog” jest słusznym rozwiązaniem. Ale nie widzę na razie lepszego.
6 odpowiedzi jak dotąd ↓
pretm // 28/06/2008 @ 16:15 |
Z ciekawością przeczytałem i pozwolę sobie na kilka uwag:
Co do przestępstw w sieci, pełna zgoda, ale przecież policja ma już jakiś arsenał do ścigania, tych którzy się takich dopuszczają. Być może niewystarczający, ale nie wrzucałbym do jednego worka przestępstw i blogów politycznych prowadzonych anonimowo.
W moim przypadku (hgw-watch), blog to tylko hobby, które nie jest podstawowym zajęciem (tzn. nie jest moim źródłem dochodów). Skoro chcę oddzielić te dwie rzeczy, to dlaczego nie mogę pozostać anonimowy nawet jeżeli ktoś uzna, że przez to jestem mniej wiarygodny? A na pytanie “kim jestem i czyje interesy realizuję” i tak muszę wielokrotnie odpowiadać.
Rejestrowanie blogów, lub konieczność ujawnienia autorów spowoduje, że tam gdzie władza jest krytykowana przez blogi (np. typu watch) będzie miała świetne narzędzie do ich uciszenia. I nie chodzi tu o wielką politykę ale np. małą miejscowość gdzie burmistrz w usłużnej lokalnej gazetce wyciągnie nazwisko autora bloga i zmiesza go z błotem. Po takim numerze wielu ludziom odejdzie ochota do patrzenia władzy na rączki.
Jeden z bardziej przekonujących argumentów jaki przeczytałem (opisujący możliwości lokalnej władzy) znajduje się na stronie blogu Greenwich Watch (w komentarzu autorów): http://greenwichwatch.blogspot.com/2006/04/about-us.html
pazurek // 28/06/2008 @ 16:28 |
pretm,
ty się tłumaczyłeś i to nieraz. i z tego co pamiętam parę razy też się przedstawiłeś. z małymi miasteczkami może i masz rację, acz sytuacja trochę mało realna imho. problemem na pewno by było, gdyby musieli się ujawnić uciekinierzy z różnych reżimów, którzy mieszkają i blogują w UE.
jednak nadal nie wiem, co zrobić z machinami blogerskimi typu Free Your Mind czy Maryla na salonie. chętnie bym też poznała przeszłość i obecne interesy Azraela. jest mnóstwo czytelników, którzy ślepo im ufają, a niekoniecznie mają powody.
jest wreszcie w sieci od cholery różnych opluwaczy. odwróćmy sytuację opisaną przez ciebie: jakiś anonim miesza z błotem burmistrza i czyni to na tyle sprytnie, że nie zostawia tropów w necie (co jest możliwe przez jakiś czas). co z nim zrobić? jak polityk ma udowodnić, że nie jest wielbłądem?
to są problemy, na którymi trzeba będzie kiedyś posiedzieć. na razie mamy nie wolność słowa, lecz wolną amerykankę. imho, nie potrwa ona wieki.
pozdrawiam.
pretm // 28/06/2008 @ 17:31 |
Dzięki za odpowiedź, w takim razie jeszcze słowo komentarza.
Co do opluwaczy, zgoda. Pod warunkiem, że taki burmistrz nie będzie zaliczał każdej krytyki własnej osoby do opluwania. Mam też zaufanie do ludzi, którzy odwiedzaliby taki blog “opluwający”, że byliby w stanie ocenić, czy ktoś posługuje się argumentami czy nie. Jeżeli uznają że nie, to nie będą tam wracać.
Jeżeli chodzi o ten teoretyczny przykład, który podałem to przypomniał mi się jeden blog z Kołobrzegu. Nie mogę już go znaleźć w sieci, bo adres przekierowuje na inną stronę, ale na blogu znajdowały się komentarze do pracy nowo wybranego prezydenta miasta. Większość raczej w żartobliwym tonie, ale pisano np. o stronie prezydenta z programem wyborczym, która szybko znikła z sieci. Reakcja władzy była szybka i w lokalnej prasie pojawił się artykuł, w którym wcale nie dyskutowano o stronie merytorycznej, tylko załamywano ręce, że blog jest anonimowy.
Czy mając możliwość dostępu do takiego katalogu autorów blogu taka władza jak w Kołobrzegu zamiast dyskutować lub ignorować, nie pójdzie na łatwiznę i po prostu ujawni lokalnej społeczności nazwiska autora? Co wtedy zniechęci ich skutecznie do pisania.
Inny przykład (znana historia, pewnie o niej słyszałaś), który pokazywał, że anonimowość to nie jest taka zła rzecz to brytyjski Civil Serf, czyli obraz biurokracji od środka. Niestety długo blog nie istniał, ale z postulowanym katalogiem wcale by nie powstał.
http://www.timesonline.co.uk/tol/news/politics/article3512007.ece
3.14 // 29/06/2008 @ 18:01 |
[nie powielając problemów już omówionych]
Zaraz zaraz;) czyli chcesz problem blogów będących na bakier z rzetelnością rozwiązywać za pomocą ‘wielkiej ewidencji’? Po co? Popatrz na wszelkie USOPAŁ-Y i inne polonijne od-pały. Wszyscy podpisują się imionami nazwiskami, a i tak klepią w najlepsze o żydowskich spiskach.
“Choć problemem niewątpliwie też są np. popularne blogi o modzie, urodzie czy gadżetach, zawierające product placement. Ot, zwyczajnie, chciałabym wiedzieć, kto i za ile wykupił u nich reklamę. I co jest reklamą, a co nie jest.”
Wtedy taka reklama nie miałaby sensu. BTW. Znasz jakikolwiek fragment przestrzeni w którym nie ma product placement ?
Pozdr.
slime-x // 05/07/2008 @ 18:49 |
Przepraszam, ale nie zgodzę się – to, że łatwiej będzie ścigać przestępców w Internecie nie uprawnia nikogo do nakazywania ujawnienia danych osobowych osób niewinnych – obowiązuje tu zasada domniemania niewinności. Nie chcę też, żeby byle kto mógł na przykład czytać o moich prywatnych sprawach, które publikuję anonimowo – znaczy niech czyta, ale ja nie chę, żeby ktoś to powiązywał ze mną. Mam do tego prawo, tak samo jak mam prawo rozmawiać z kimś w restauracji i wyrażać poglądy, jednocześnie nie mówiąc jak się nazywam, gdzie mieszkam, etc.
slime-x // 06/07/2008 @ 10:53 |
Poza tym – co to znaczy ujawnić??? Ktoś te dane ma? Przecież tu trzeba by wprowadzić jakiś totalny terror – 100% cenzurowania portali z blogami, dostawców internetu, każdy hot-spot powinien mieć co najmniej jednego policjanta, 10 urzędasów sprawdzających dowody osobiste i tego typu atrakcje. Po prostu pewni politycy boją się krytyki i chcą ukrucić wolność słowa. Tfu!