UE zmusi blogerów, żeby ujawnili swoje dane, czytam dziś w sieci głosy oburzenia. Np. w Pardonie. Albo u Kota.
I nie rozumiem, o co ten krzyk. Jeśli coś piszę, podpisuję się pod tym. Można mnie wepchnąć w Google i sprawdzić, czy nie mam powiązań z jakąś grupą interesu, agencją PR-owską i nie wiadomo czym tam jeszcze. A przeciętnego blogera piszącego pod ksywką nie można, w każdym razie nie tak łatwo.
Być może “katalog blogów” z imionami, nazwiskami, numerami NIP i dowodów to za dużo. Ale np. przestępstwa w sieci powinno się móc łatwiej ścigać. I powinno się zadawać pytania wszystkim tym państwu z blogów typu “TuskWatch” – kim są i czyje interesy realizują. Zbyt często okazywało się, że anonimowy bloger opluwający jedną opcję polityczną jest człowiekiem wynajętym przez drugą opcję, a nie “zatroskanym obywatelem”.
Te wszystkie uwagi, rzecz jasna, dotyczy przede wszystkim blogów o charakterze politycznym. Choć problemem niewątpliwie też są np. popularne blogi o modzie, urodzie czy gadżetach, zawierające product placement. Ot, zwyczajnie, chciałabym wiedzieć, kto i za ile wykupił u nich reklamę. I co jest reklamą, a co nie jest.
Nie mam pojęcia, co z tym wszystkim zrobić i czy “katalog” jest słusznym rozwiązaniem. Ale nie widzę na razie lepszego.