Powrót Billa Clintona na scenę polityczną niespecjalnie mu służy, pisze dziś Politico (nowiutki layout, zajrzyjcie!). Ale Hillary na tym nie traci.
Choć Clinton mąż prawdopodobnie pomógł żonie, sam traci na fajności. Z sondażu Wall Street Journal/NBC News wynika, że 45% Amerykanów ocenia go negatywnie, a jedynie 42% pozytywnie. Miesiąc temu wychodziło mu jeszcze po równo. Widać, że kampania mu nie służy. To on jest autorem sporej części brutalnych ataków na Obamę i to jemu obrywa się od mediów. Sama Hillary zawsze jest niewinna. Czy to przypadek? Wątpię.
Ten duet naprawdę zna się na zabawie zwanej polityką. Marcin Bosacki dowodzi dziś na łamach “GW”, że Hillary (czy może raczej Billary) poradzi sobie z Barackiem. Zacytujmy:
Ale bez względu na rozwój wypadków na Florydzie i w Michigan szanse Hillary wyglądają coraz lepiej. Ta kampania to jak dobry pojedynek bokserski: jeśli nie znokautujesz słaniającego się przeciwnika, prawdopodobnie to on w kolejnej rundzie dopadnie ciebie. Obama mógł posłać Hillary na deski w Ohio i Teksasie – i nie zrobił tego. Teraz ona jest coraz silniejsza.
Przed nami już tylko dziewięć prawyborów. Hillary ma szanse wygrać w Pensylwanii, Oregonie, Indianie, Wirginii Zachodniej i Kentucky. Obama może być prawie pewien zwycięstwa jedynie w Karolinie Płn.
Na konwencję Demokratów w sierpniu Clinton przyjedzie więc zapewne ze stratą do Obamy w liczbie zdobytych delegatów – ale ze stratą minimalną. A w boju o głosy kilkuset niezdecydowanych superdelegatów będzie miała ogromne atuty.
Zgadzam się. Nawet jeśli ten plan maksimum przestawiony przez korespondenta “Gazety” nie wypali, i tak sierpień będzie jej.
A do tego czasu będzie ostra nawalanka. Coraz bardziej na niej korzysta McCain. Wczoraj w Pardonie prezentowałam sondaż Zogby, który pokazywał, że Demokrata i tak przegra w listopadzie. W jakiejś mierze również przez Nadera. Demokratów uratować by mogło jak najszybsze wycofanie się Hillary (lub Obamy) lub przyjęcie przez Obamę posady wiceprezydenta (na scenariusz odwrotny nie ma szans).
Oczywiście wszystkie sondaże, które prezentują media, robione są bez uwzględnienia specyfiki wyborów pośrednich. Przydałyby się sondaże ze wszystkich stanów, liczone tak jak w listopadzie. Kto weźmie Nowy Jork, Hillary czy McCain? A kto Florydę? Kalifornię? No właśnie, tego się nie dowiesz z mainstreamowych mediów. Na RealClear beztrosko wiszą takie cuda jak Huckabee vs. Hillary.
Nie ma nigdzie zbiorczych Head-to-Heads w najważniejszych stanach. Szkoda. Bez takich sondaży możemy sobie tylko gdybać. Albo przeszukiwać różne lokalne popierdółki i blogi – np. stąd dowiecie się, kto prowadzi w Ohio czy Kalifornii. Jest też wyliczenie dla całych Stanów Zjednoczonych, podejrzanie korzystne dla McCaina. I wersja z Obamą, z kolei podejrzanie korzystna dla Obamy.