Tekst łańcuszka znajdziecie w blogu Jacka Ka., który otrzymał mail z hasłem “Schowaj babci dowód” i od którego dowiedziałam się o całej akcji.
Wyjaśnienie ws. zniknięcia tekstu za chwilkę:)
Tekst łańcuszka znajdziecie w blogu Jacka Ka., który otrzymał mail z hasłem “Schowaj babci dowód” i od którego dowiedziałam się o całej akcji.
Wyjaśnienie ws. zniknięcia tekstu za chwilkę:)
Jak pisze “Dziennik”, cała Ameryka ponoć śmieje się z Rudy`ego Giulianiego, że jest pantoflarzem. Bo… uwaga, to jest hit!… gada z żoną przez komórkę podczas wystąpień publicznych.
Trzecia już żona Giulianiego, Judith, to osóbka dość kontrowersyjna (tutaj już o niej pisałam). Piękna jak z obrazka była pielęgniarka. Kapryśna. Niezbyt lubiana przez opinię publiczną. Winna ponoć rozpadowi poprzedniego małżeństwa Rudy`ego. Według “Vanity Fair” połączenie władczości
Katarzyny Wielkiej i rozumu Britney Spears (to też z racji pośpiechu podaję za “Dziennikiem”). Ogólnie, pięta achillesowa kandydata Republikanów.
No to teraz sobie wyobraźcie następującą sytuację. Rudy Giuliani przemawia na spotkaniu Narodowego Związku Strzeleckiego. Dużo facetów na widowni. Konserwatywni straszliwie. Dzwoni telefon. Rudy odbiera, mikrofon oczywiście cały czas włączony:
Cześć kochanie. Właśnie wygłaszam przemówienie do członków Narodowego Związku Strzeleckiego. Chcesz się przywitać? Kocham cię, jak tylko skończę mówić, zadzwonię, OK? OK, życzę ci szczęśliwej podróży. Do zobaczenia, kocham cię.
Sala - o ile dobrze słyszę - jest poruszona, ale raczej w pozytywnym sensie. Tymczasem dziennikarze piszą, że Rudy to pantoflarz, zaś takie zagrania to najlepszy sposób na tracenie poparcia. Internauci na YouTube różnie komentują. Gazeta.pl sugeruje, że jest to zainscenizowane. No oczywiście, że jest, też mi odkrycie! Jak pisze gazeta:
Ma to być element jego kampanii wyborczej. Jeśli rzeczywiście tak jest, kampanię należy uznać za wyjątkowo nieudaną…
A ja pytam: czy im wszystkim na mózg padło??? Rudy uprawia show. Przemyślany show. Puszcza oczka, rzuca fajerwerki, jest swobodny, dowcipny i baaardzo ludzki. To ma być nieudane? I niby miałby coś przez to stracić? Bzdura jakaś piramidalna! Sondaże na RealClear niezmiennie dowodzą, że Giuliani trzyma się mocno i raczej nikt mu już nominacji nie odbierze.
A jakość jego show sami oceńcie :)
Tu starszy występ, ze spotkania z Amerykanami kubańskiego pochodzenia:
“USA Today” prezentuje dziś całkiem sensowną zabawę w szukanie sobie właściwego kandydata na prezydenta USA. W sumie uznałabym to za głupie i prymitywne, gdyby nie fakt, że dość jednoznacznie dopasował mi się kandydat, którego od dawna popieram, czyli Rudy Giuliani. Najmniej zaś wspólnego mam - zapewne też zgodnie z prawdą - z panią Clinton. Widać więc te 11 pytań, które tam zadają, ma jednak jakiś sens :)
Quiz dostępny TUTAJ.
A to i mój wynik naocznie:

Nie mogę się powstrzymać, więc przeklejam:) Za Bartkiem Węglarczykiem.

Jest to plakat reklamowy Folsom Street Fair - festiwalu miłośników wyrobów skórzanych i osób swojej własnej płci. Odbywa się on wbrew pozorom nie w Holandii czy innych Niemczech, lecz w Stanach Zjednoczonych, w San Francisco.
Uroczy taki billboard, nie?
Jeden z pazurkowych komentarzy na Pardonie podpadł ostatnio Januszowi Korwinowi-Mikke. W tymże komentarzu napisałam, że Julia Pitera z Platformy zachowała się głupio, wychwalając zdolności retoryczne Adolfa Hitlera. I że chociaż PiS przegiął wzywając ją do przeprosin czy wręcz niekandydowania, to jednak jej wypowiedź była niesmaczna.
Polemika przyszła z dość niespodziewanej strony - pazurkowy tekst objechał sam JKM:
Otóż w państwie totalitarnym oceny też są totalne: jak Hitler był zbrodniarzem, to powinien być kiepskim mówcą, marnym kochankiem, i beznadziejnie grać w szachy. Tymczasem bywa, że zbrodniarze są w jakichś dziedzinach bardzo dobrzy.
P. Marta Wawrzyn na portalu PARDON zauważa to jakby - ale komentuje w ten sposób: “Nie zmienia to faktu, że chwalenie go za tego typu działania i atrybuty, bez napomknięcia o zbrodniach, które popełnił, jest co najmniej niesmaczne. Niezależnie od kontekstu czy charakteru wypowiedzi”. Czyli: człowiek może być mistrzem szachów, ale jeśli jest przy okazji bigamistą, to nie można o tym mistrzostwie wspomnieć nie wypominając tej bigamii.
To jest właśnie klasyczne myślenie totalitarne.
Cóż, nigdzie nie napisałam, że Piterze nie wolno oceniać Hitlera jako świetnego mówcy. Wolno, oczywiście. Dlatego nie zamierzam wzywać posłanki Platformy do przeprosin czy ponoszenia jakiejkolwiek innej odpowiedzialności. Ja jednak mam z kolei prawo ocenić taką wypowiedź jako głupią i niesmaczną. Dlaczego? Bo o ile nasz przykładowy mistrz szachowy-bigamista nie doszedł do mistrzostwa dzięki temu, że jest bigamistą (zakładamy, że nie doszedł…), o tyle Hitler popełnił swoje zbrodnie, bo swoją retoryką przekonał do siebie społeczeństwo. Dlatego wychwalając jego zdolności retoryczne, składamy hołd narzędziu zbrodni. Tylko tyle i aż tyle.
W cytowanym wpisie JKM jest jeszcze jedna tak ciekawa, że aż warta zacytowania uwaga, już nie pod adresem totalitarnego pazurka:
Natomiast znacznie ważniejsza jest druga część wypowiedzi p. Piterowej: “Hitler jeszcze budował drogi i budownictwo socjalne, chciałam zwrócić uwagę. Natomiast myśmy zostali wyłącznie przy retoryce”. To rzeczywiście można odczytać jako pochwałę narodowego socjalizmu - pod warunkiem, że się uzna, że budowanie autostrad i budownictwo socjalne są czymś dobrym.
Tylko wtedy jest to pochwałą hitleryzmu!
Niestety: ogłupiona socjalistyczną propagandą znakomita większość Polaków uważa, że “budownictwo socjalne” to coś z jednej strony szczytnego, a z drugiej niezbędnego! Nie wyobrażają sobie państwa, które by nie było “opiekuńcze”. Również Wielkie Budowle Socjalizmu, do których trzeba dopłacać, jak Kanał Białomorski, Centralny Okrąg Przemysłowy, Dnieprostroj, Tennessee Valley Authority, “Concorde” - no, i właśnie hitlerowskie autostrady (bo p. Julii szło chyba o autostrady, a nie o “drogi” - to nic, czym należy się chwalić. Jeśli nie jest się socjalistą uważającym, że koszt ani efektywność się nie liczą - byle było duże i imponujące.
Obawiam się, że również p. Julia - choć była nawet kiedyś członkinią Rady Głównej UPR, a obecnie jest w liberalnej PO - te socjalistyczne szaleństwa traktuje dobrze. Co prawda: zawsze się dziwiłem, że odeszła z UPR do PO, a nie do PiS…I to właśnie - nie “pochwała Hitlera” lecz “pochwała (narodowego czy innego) socjalizmu” - bardzo mnie niepokoi.
Cytuję to, ponieważ po pierwsze chyba nikt przed JKM nie zwrócił większej uwagi na tę część wypowiedzi liberalnej Pitery z liberalnej Platformy, po drugie - w jakichś 99% zgadzam się z jego uwagami na temat tzw. budownictwa socjalnego i innych socjalistycznych wymysłów.
Podpisano: pazurek liberalny, choć totalitarny
Jak właśnie przeczytałam u pluszaka, prezydent Bush uważa, że Mandela nie żyje, bo Saddam Husajn zabił wszystkie Mandele. Hmmm…
Najpierw projekcja:
Teraz tekst pisany - za blogiem o uroczej nazwie Crooks and Liars:
Part of the reason why there is not this instant democracy in Iraq is because people are still recovering from Saddam Hussein’s brutal rule. I thought an interesting comment was made when somebody said to me, I heard somebody say, where’s Mandela? Well, Mandela is dead, because Saddam Hussein killed all the Mandelas. He was a brutal tyrant that divided people up and split families, and people are recovering from this. So there’s a psychological recovery that is taking place. And it’s hard work for them. And I understand it’s hard work for them. Having said that, I’m not going the give them a pass when it comes to the central government’s reconciliation efforts.
Była to ponoć odpowiedź prezydenta na pytanie o to, jak długo Amerykanie będą jeszcze czekać na osiągnięcie zamierzonych celów w Iraku.
No cóż… Mandela jest jeden. Nelson. Fakt, nie najmłodszy, ale żywy. I nie przepada za prezydentem Bushem. Może to jakiś rewanż…?
Wisienka
Polska, miasto 250 do 500 tysięcy mieszkańców. Tramwaj. Za oknem osiedle z wielkiej płyty. Stała z tyłu, jedną ręką przeglądając gazetę, drugą próbując łapać równowagę, bezbłędnie przy tym wybierając momenty, w których w ogóle nie było to potrzebne. W połowie drogi między kolejnym tytułem a leadem (więcej w gazetach nie czyta, bo i po co, skoro to wszystko wiadomo dzień wcześniej?) podniosła wzrok.
Nieco zmieszana pulchna brunetka, stojąca obok, nabrała pewności:
- Czeeeeść. Wieki całe!!! Kiedyśmy się ostatnio widziały? Ze trzy lata będzie, nie?
- No taaak. Chyba jakoś tak… Cześć K. Co u ciebie?
- U mnie? Super! A jak u ciebie, powiedz? Skończyłaś studia, nie? Wracasz do domu? Masz męża? Albo chociaż narzeczonego? A może… jesteś w ciąży? Choć nie, nie, jaka ty chuda jesteś! No, opowiadaj wreszcie!
- Więc… Męża nie mam. Narzeczonego też nie. Ale ostatnio udało mi się wytrzymać ponad miesiąc z jednym facetem. Sukces, nie? Ale to chyba tylko dlatego że prawie się nie widywaliśmy. Niegłupia recepta na długi związek, swoją drogą… Wiesz, tak w ogóle to po cholerę nam w ogóle faceci? Dobre wino plus wibrator - taniej, prościej i przyjemniej, hehe. A właściwie… czemu ty mi tak źle życzysz? Męża, ciąży? K., ty jaja sobie ze mnie robisz, nie?
- Patrz!!! - K. wyciągnęła rękę ozdobioną pierścionkiem - Śliczny, nie? To już za miesiąc!!!
- O, no tak, ładny. Gratuluję. Ale słuchaj, bo ja już właściwie wysiadam. Miło było cię spotkać. No to… na razie.
Czekając na następny tramwaj, myślała, co następuje. Pierścionek był złoty. Kiczowaty. Miał jakieś kolorowe, błyszczące oczko. Skojarzyło jej się z odpustem. Przemknęła jej też przez głowę myśl o paciorkach dla tubylców. Per analogiam chyba. Nie była pewna, do czego ani czy nie przesadza. Tak czy siak pierścionek ładny nie był.
K. też nie była ładna. Wszystkiego było w niej i na niej za dużo. Czarnych tapirowanych włosów. Tłuszczu na brzuchu. Sztuczności w uśmiechu. Tuszu na rzęsach. Kolorów na paznokciach. Głupoty w głosie. Złota na torebce i pantofelkach. Kiczowaty pierścionek był idealną wisienką, wieńczącą to tak typowe dzieło Boże. Albo i nieboże.
Kiedy widziały się poprzednim razem, a było to prawie równe cztery lata temu, K. właśnie oblała egzaminy do łódzkiej filmówki. Po raz drugi. Podobno tym razem prawie się dostała. Przeszkodziły troszkę krzywe zęby. Wystarczyło wyprostować i już mogła startować ponownie. W międzyczasie studiowała polonistykę na zaściankowej uczelni. Na wszelki wypadek.
Kiedy poznały się w liceum, ponad osiem lat temu, K. była piękna, głośna i zajmująca. Miała wielkie marzenie. Co tam marzenie…! Cel. Aktorstwo. Przez cztery lata łaskawie pozwalała się uwielbiać kolegom i nauczycielom. Wszyscy, z nią samą na czele, wierzyli, że będzie drugą Krystyną Jandą. Albo chociaż Kasią Figurą. Nie będzie.
Książki w księgarni sprzedawać
Kawiarnia w centrum miasta. Rzadka, przesłodzona, słowem bardzo niedobra czekolada. Siedziała tam z A.
- Szkoda, że tak głupio minęłyście się z M. Ty pewnie znowu przyjedziesz za pół roku albo za kolejne pół roku, a M. tu będzie na początku września. Możliwe, że na trochę dłużej. Bo wiesz, M. ma trochę kłopotów ostatnio.
- ?
- No mówiłam ci, obroniła się, nie? A wcześniej pracowała na tej swojej stacji. I chyba tam zrozumiała, że tak naprawdę nie chce już tego, czego chciała cały czas. Znaczy myślała, że chciała. No i chyba wolałaby żyć prościej. Rozumiesz?
- Jak dotąd niewiele. Znaczy co chce robić? I jak doktorat, dostała się?
- No… właśnie zrezygnowała chyba.
- Całkiem?
- No… tak jakby. Bo widzisz, wyszło jej, że wcale tego nie chce. Że może wrócić do domu, pracować sobie spokojnie w kinie czy sklepie i być szczęśliwa. Wystarczy jej to. Rozumiesz?
- Znaczy… ona chce tu wracać na zawsze?
- Możliwe, że tak.
Rozumiała coraz mniej. M. była wariatką, fakt. Zdarzały jej się dziwne pomysły. Przez pięć lat studiów w większym mieście, takim od 500 tys. do miliona, z cichej blondynki z krzywymi zębami, zaczytanej w starożytnych książkach (w oryginale, a jakże!), nie znoszącej tracenia czasu na bzdury, takie jak picie, palenie i gadanie o niczym, przeobraziła się we wściekle rudą koneserkę wszelkich możliwych knajp i alkoholi, hodującą pod łóżkiem marychę. Specjalnie dla zielska zamieniła zwykłe nawet światło na jarzeniówkę, bo podobno dzięki temu lepiej rośnie. Słowem, zbzikowała co nieco.
I tylko zamiłowanie do starożytnych ksiąg jej nie minęło. Oprócz łaciny, którą poznała całkiem nieźle już w wieku lat nastu, na studiach nauczyła się greki. W ciągu pięciu lat pochłaniała jak leci zawartość biblioteki Instytutu Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej. Wśród wszystkich dziwnych zawirowań, terroryzmu, lustracji, braku kasy na piwo i nie działającego ogrzewania w kamienicy, jedno było w jej życiu pewne - że zostanie panią doktor, a potem panią profesor. Bo co może robić filolog klasyczny? Czytać mądre książki i rozmawiać o nich z głupszymi od siebie. Z mądrzejszymi też, ale tych akurat na świecie jest niewielu. Ale książki można też sprzedawać. W księgarni.
Dewaluacja po częstochowsku
Częstochowa, jej (byłe) miasto 250-500 tys., z roku na rok coraz bardziej przekraczała jej możliwości pojmowania. Zwykle przyjeżdżała tam na dzień-dwa. Dworzec, autobus, zielony domek, pieski, cześć, cześć, ojej, ależ się stęskniłam, do zobaczenia za pół roku. Widywała wciąż te same twarze - z roku na rok coraz starsze, coraz smutniejsze, coraz brzydsze, coraz mniej znajome.
Zwykle myślała o Częstochowie jak o miejscu, w którym można wreszcie chwilkę odsapnąć. Uspokoić się, przestać gonić, zapomnieć, co to komórka (ach, wróćcie te piękne czasy, kiedy na obrzeżach miasta nie było zasięgu!) i internet. Z czasem zaczęła dostrzegać, że to nie tak. Że jej sielanka to zwykły, banalny zaścianek. Polska B. Miejsce, w którym nieomal każde możliwe ma szansę stać się niemożliwe. Nie na chwilę, nie na kilka lat nawet. Na zawsze.
Kiedy miała 12 lat, pani od polskiego zapytała dzieci z jej klasy, co chcą robić w przyszłości. Kim chcą być. Lekarze, podróżnicy, detektywi… Ona napisała: Jak dorosnę, będę sławną pisarką. Bo lubię pisać i lubię, kiedy ludziom podoba się to, co piszę. Właśnie tak. Nie chcę być, ale będę. Nie pisarką, ale sławną pisarką. Bo po co pisać, jeśli nikt tego nie przeczyta? Mają czytać tłumy. Miliony. I najlepiej składać hołdy - kwiaty pod oknem, listy od wielbicieli, takie tam. Strasznie głupia była, wie.
Pięć lat później, w liceum, otaczali ją sami przyszli aktorzy, prawnicy, psycholodzy, profesorowie. Ona nadal najbardziej chciała pisać i żeby ludziom podobało się to, co pisze. Kolejne pięć lat później nie zmieniło nic. Nic się zmieniło do dziś. W międzyczasie niedoszłe sławy estrady tudzież palestry pozakładały rodziny, powyjeżdżały na niekończące się saksy do Dublina albo innego Londynu, chodzą codziennie do nudnej pracy, którą kończą punkt 15./18., paplają o bzdurach, oglądają seriale produkcji polskiej, uprawiają nudny seks, wyjeżdżają na tydzień nad morze, gotują obiady.
A ona nadal jest głupia. I zwyczajnie nie rozumie, jak to się dzieje, że wokół niej postępuje dewaluacja marzeń. Że wszyscy rezygnują z walki o rzeczy wielkie i ze sztucznym uśmiechem wciskają się w schemat. Że zamieniają swoje największe życiowe pragnienia we wspomnienia o tym, jacy to byli głupi, kiedy byli dziećmi. W końcu zamykają je na zawsze w trumnie niepamięci i zabijają gwoździami, by nigdy do tych koszmarnych mrzonek z przeszłości nie wracać. I być szczęśliwymi ludźmi. Zwykłym, prostym, pokornym szczęściem.
I tylko czasem myśli sobie, że może już pora przestać roić o rzeczach wielkich. Bo prawda jest taka, że rzeczy wielkie mało kogo dotyczą. I jej pewnie też dotyczyć nie będą. A czuć się szczęśliwą, to byłoby coś.
PS. Fajna rzecz, taki blog. To moja 50-tka w Salonie i setka na swoim. Czyli podwójnie świętuję, drogie dzieci :D
PPS. Przepraszam K. i M.
Tygodnikowi “Wprost” gratuluję okładki. Znowu…

I znowu nie wiem, czy to jest genialne/śmieszne czy głupie/ohydne.
TUTAJ link do tekstu okładkowego - “Komu służy Kwaśniewski”. Skonfrontujcie, jeśli chcecie. Z tego co widzę, tym razem nie pisali go totalni wariaci, ale i tak czytać na dobranoc jakoś go nie mam ochoty. Have fun!
PS. Chyba można już komentować bez obaw, że nie będzie Was widać.
PPS. To mój 99. wpis w tym zacnym miejscu. Może wrzucę coś dłuższego na setkę:)
Tak, macie rację - komentarze nie wchodzą na stronę, choć widać je w RSS-ach i w moim panelu administracyjnym też. Dlaczego tak się dzieje, nie wiem. Nie, nie jest to moja wina - ten problem zauważyłam już na kilku zaprzyjaźnionych blogach. Od paru dni są różne problemy na WordPress - a to zniknie na parę godzin blogroll, a to czegoś się nie da edytować. Proponuję przeczekać :) Pogadamy kiedy indziej, a jeśli ktoś bardzo tęskni - ewentualnie może być gdzie indziej :) Wiecie, gdzie mnie szukać.
aktl. dwie minuty później:
Ale jaja, właśnie wszystkie wskoczyły na swoje miejsce ;) Hmm…
aktl. kolejne dwie minuty później:
Taaa, i znowu zniknęły. Idę stąd :(
Czyli jaaaaka piękna fikcja - by FreakingNews :)
