Lech Wałęsa ujawnił swoją teczkę w internecie. Blogosfera natychmiast oszalała, choć mało kto z komentujących przeczytał coś więcej niż depeszę PAP na ten temat.
Przyznaję, zdumiało mnie to. Wieść o ujawnionej teczce nadeszła jakoś ok. godziny 15. Zajrzałam czym prędzej tutaj, okazało się, że o przeczytaniu tudzież przejrzeniu czy choćby ściągnięciu nie ma co marzyć. Przynajmniej nie w ciągu najbliższych paru godzin. W Pardonie powstał problem, co z tym fantem zrobić. Komentować coś, czego nie widziało się na oczy? No nie bardzo. Specem od lustracji nie jestem, a swoją wiedzę na ten temat uważam za, powiedzmy, taką sobie. Więc może komentować depeszę PAP? No już prędzej, ale…
Ale po co komentować, nie mając pełnego obrazu sprawy, skoro mogą to zrobić ludzie takowy obraz posiadający. Postanowiliśmy poczekać z tematem teczki Wałęsy na wieczorny przegląd blogów w nadziei, że pojawią się komentarze różnej maści. Mijały godziny, coraz więcej blogerów dostrzegało niusa i… znakomita większość zaczynała sypać “Bolkami”. Co mnie zdumiało dość mocno, no bo skoro się nie przeanalizowało zawartości teczki, to czemu nagle nam wychodzi, że Wałęsa jednak był agentem? Ano dlatego że ujawnił tylko część, a co jest w tej pozostałej części, tego nawet Marsjanie nie wiedzą, a jakby się dowiedzieli, to by na pewno z wrażenia wytrzeszczu oczu dostali i już by im tak zostało. Proste, prawda?
Przyznaję, zaskoczyła mnie ta nieznośna łatwość, z jaką zaczęto ferować wyroki. Tym bardziej, że zawartość teczki całkiem nieźle znają przecież ludzie, którzy nadali Wałęsie status pokrzywdzonego. Znają ją lepiej niż wszyscy ci mniej lub bardziej anonimowi blogerzy razem wzięci. Dlaczego im nie wierzyć?
Zachowanie Wałęsy (nie tylko ujawnienie teczki, ale przede wszystkim jego nieprzyjemne komentarze rzucane w kierunku Walentynowicz i Gwiazdów) jest dla mnie dowodem tego, że jest pieniaczem, że ma koszmarnie trudny charakter i nieprzyzwoicie wysokie mniemanie o sobie. Że lubi raz na jakiś czas się z kimś pożreć, bo inaczej to by chyba umarł z nudów. Że najpierw czyni i przede wszystkim mówi, a dopiero potem myśli. Wreszcie: że dawni sojusznicy w walce o wolną Polskę odstawiają żałosny spektakl na oczach Polaków. Że pokazują, jacy potrafią być mali.
Ale w uczciwość któregokolwiek z nich nie wątpię. Każde z nich najzwyczajniej w świecie, starym zwyczajem, wali prosto z mostu to, co naprawdę myśli. Czemu myślą to, co myślą? Najbardziej prawdopodobna wydaje mi się wersja podana przez historyka Antoniego Dudka – że to sprawka bezpieki, która robiła co mogła, żeby skłócić opozycję.
Jak już napisałam w Pardonie, pozostaje po pierwsze przebrnąć przez zawartość teczki (całej! i o to powinien zadbać sam Wałęsa – zamiast wymigiwać się jakimś dziwnymi tekstami o bezsensownych informacjach, co to tam niby są), po drugie poczekać na komentarze ludzi, którzy mają o tym jakieś pojęcie. Historyków choćby. Nie ferujmy wyroków, mając za podstawę jedynie własną niewiedzę.
by Marta Wawrzyn, 11.06.2007, godz. 02.25