Amerykanie są “bezkanonowi”. Nie mają ściśle określonych wyznaczników tego, co uchodzi , a co nie. Nie ulegają skłonności do łatwego szufladkowania. Akceptują wszelką odmienność, nie zastanawiając się nad tym ani tym bardziej nie nazywając tego tolerancją.
Nie wymyśliłam tego sama. Profesor Wojciech Sadurski, florentczyk przebywający chwilowo w Nowym Jorku, popełnił wczoraj na ten temat notkę w blogu. Tekst, nie dość że jest niesamowicie napisany, to jeszcze wywołał u mnie lawinę myśli o różnicach europejsko-amerykańskich.
Najpierw może krótki cytat z wpisu florentczyka, bo tylko on tak ładnie potrafi powiedzieć, o co chodzi:
Otóż wydaje mi się, że tym, co najbardziej definiuje Amerykę (a mam na myśli, z karygodnym może skrótem, USA) w kontraście do Europy, to cecha, którą określiłbym jako “brak kanonów”. Czyli (tu moje copyright na nowe słowo) “bezkanonowość”.
Uwaga: nie chodzi mi o: brak dogmatów, brak aksjomatów, brak oczywistych pewników itp. To wszystko mamy również w europejskiej tradycji – obok, rzecz jasna, także równoległej tradycji opartej właśnie na mocno przyswojonych dogmatach, aksjomatach, pewnikach. Chodzi mi właśnie o brak “kanonów”, czyli nieformalnych, ale mimo to wyraźnie obowiązujących społecznie wyznaczników oceniania (i egzekwowania: choćby przez towarzyski ostracyzm) tego co jest piękne, przyzwoite, rozsądne, słuszne, itp.
I jeszcze przykład, co to takiego ta “bezkanonowość”:
Gdybym w Europie założył zieloną marynarkę do czerwonej koszuli i żółtych spodni, ludzie ubawili by się i pewno nawet pochwalili mnie za niesamowity wygłup, a za moimi plecami stukali się w czoło, uważając, że Sadurski zwariował. Tu jest to rzeczą zupełnie normalną i nikt nie uzna że tak ubrany koleś robi sobie jaja. On po prostu tak się ubiera. I niekoniecznie dlatego, że ma fatalny gust – ale dlatego, że w czymś takim, jak gust w ubraniach, tu nie ma kanonów.
Łapiecie, w czym rzecz? Nie jestem pewna, czy aby to załapać i naprawdę poczuć, w czym rzecz, nie trzeba choć raz być w Ameryce. Ale ufam świetnemu pióru prof. Sadurskiego. Ja w każdym razie czytając ten wpis, poczułam, że florentczyk bardzo zgrabnie zdefiniował to, co gdzieś tam kołatało mi się w umyśle podczas mojego pierwszego i jedynego jak do tej pory pobytu w Nowym Świecie.
Bo uniwerek stanu Missouri, na którym miałam przyjemność poznawać uroki amerykańskiego życia akademickiego to prawdziwe siedlisko bezkanonowości właśnie. Redakcja “Columbia Missourian”, złożona w dużej mierze z wykładowców i studentów tamtejszego instytutu dziennikarstwa tym bardziej. Istne zbiorowisko ludzi, których w Europie byśmy uznali za ekscentryków. Tam o nich mówiono i – jak podejrzewam – myślano co najwyżej, że się wyróżniają. Że są w czymś dobrzy. Że potrafią porwać słuchaczy. Że świetnie piszą. Że pan X ma fajną marynarkę z wężowej skórki (a nie że ubiera się jak dziwak, bo do niczego mu te węże nie pasują). Że panna Y (pewna sympatyczna, acz strasznie hałaśliwa studentka) nawet dzwoniąc do gubernatora jest w stanie wrzucić do rozmowy słówko “sweetheart” albo “honey”. Pół redakcji się zaśmiewało, słuchając rozmów telefonicznych dziewczyny z najróżniejszymi oficjelami i nie tylko, ale czy ktoś poza mną zastanawiał się tam, czy jej sposób bycia jest “właściwy”? Wątpię.
No dobrze, a co z tym gejem z tytułu? Ano właśnie. Pracuje w redakcji “Missouriana” pewien reporter. Świetny ponoć. Nazwisko pozwolę sobie przemilczeć. Kiedy po raz pierwszy przyszedł na wykład opowiedzieć co nieco o swojej pracy, rzuciły mi się w oczy głównie “miękkie” ruchy i wysoki charakterystyczny głos. Pomyślałam sobie, że pewnie jest gejem. W sumie nawet nie złośliwie. Bez żadnych dalszych konotacji (do dziś zresztą nie wiem, czy faktycznie jest gejem, wiem tylko, że świetnie pisze). Mimo to wątpię, żeby którykolwiek z moich amerykańskich kolegów najpierw pomyślał, że to pewnie gej, a dopiero potem: łał, ten facet to niezły reporter.
Bo w Ameryce – IMO – owa bezkanonowość przekłada się też na kwestię orientacji seksualnej. Pisałam kiedyś, choćby w Pardonie, że w Polsce homoseksualiści robią ze swojej orientacji sprawę polityczną. I że terroryzują niejako swoimi kolorowymi paradami heteroseksualną większość, nic zresztą w ten sposób nie osiągając. Oberwało mi się wtedy i z prawa, i z lewa. Z prawa, bo wystarczyło napisać, że nie mam nic przeciw gejom. Z lewa, bo nie podobają mi się parady. Bo wolę inny sposób uprawiania, bądź co bądź, polityki.
No właśnie. W Europie homoseksualiści paradują, a w Ameryce gej po prostu jest gejem. Nie mówi się tam o tolerancji dla odmienności seksualnej. Po prostu przyjmuje się do wiadomości, że ktoś woli osoby tej samej płci i już. Nie pyta się o więcej. Bo nikogo to specjalnie nie podnieca. To tak jakby ekscytować się tym, że ktoś jest rudy, łysy albo gruby. Słowo “tolerancja” i zjawisko tzw. tolerancji to rzeczy wybitnie europejskie. Jeżeli uważamy, że coś należy tolerować, to znaczy, że tego nie akceptujemy. Że uważamy za jakieś dziwactwo. Za inność.
Sami europejscy geje zresztą to nakręcają. W Stanach gej jest przede wszystkim kolegą, nauczycielem, muzykiem, bratem etc. Czasem chadza do knajp dla gejów na podryw czy na cokolwiek innego, czasem siedzi sobie w zwykłym barze z kumplami heterykami. Jak chce prawa do zarejestrowania związku ze swoim przyjacielem, walczy nie na tęczowej barykadzie, ale w lokalnym samorządzie. Efekt? Niektóre stany w tej tzw. pruderyjnej Ameryce mają w tym zakresie znacznie bardziej liberalne ustawodawstwo niż “postępowa” Europa, wrzeszcząca o potrzebie tolerancji tudzież równości.
To tylko jeden z przykładów, co Ameryka osiąga dzięki owej bezkanonowości. I dowód na to, że tamtejsze społeczeństwo jest jedynym w 100% otwartym i – wedle europejskich kryteriów – tolerancyjnym. A także główny chyba powód, dla którego amerykańska soft power, mimo ciągłego psioczenia różnych malkontentów, wciąż ma gigantyczną moc sprawczą.
by Marta Wawrzyn, 01.06.2007, godz. 23.24
10 odpowiedzi jak dotąd ↓
julll // 02/06/2007 @ 1:22 |
No nie wiem, jak to jest z tą amerykańską otwartością, mam niejasne poczucie, że ona nie jest tak jednoznaczna.
Taka scenka: przyjęcie w ogrodzie, jest basen, w którym kąpią się dzieci i niektórzy tatusiowie, panie w kostiumie w takich okolicznościach nie wystąpią. W pewnym momencie z domu wybiega 3-4-oletni chłopiec na golasa, żeby spytać mamusi, co ma założyć. Mamusia, czerwona z nerwów na twarzy, zgorszona, zgarnia dzieciaka z publicznego widoku. Gdy jej nie ma, rozpoczyna się dyskusja na temat nagości dzieci, że czyiś znajomi kąpią na golasa półtoraroczne dziecko, ale to jednak przesada.
Mam też w głowie film “Małe dzieci”, które bynajmniej nie pokazuje otwartego społeczeństwa – bardzo polecam.
Gdzieś tam, owszem, mogą żyć “ci inni”, nawet może nic im nie powiemy, ale do domu ich raczej nie wpuścimy i na wszelki wypadek zabierzemy nasze dzieci, żeby przypadkiem czegoś od nich nie złapały. Mam wrażenie, że to “gdzieś tam” jest dość duże, ale jednak wyraźne oddzielone od “normy” i do bycia 100% otwartym społeczeństwem Amerykanom daleko.
julll // 02/06/2007 @ 1:30 |
Aneks
przeczytałam tekst prof. Sadurskiego – rzeczywiście świetny i bardzo trafny. Jednak on nie pisze o OTWARTOŚCI, a raczej ROZMAITOŚCI, co nie jest tym samym.
aria // 02/06/2007 @ 8:53 |
Wydaje mi się, że trochę nie wiesz o czym piszesz — homoseksualiści w USA prowadzili bardzo polityczną i bardzo zaangażowaną walkę z establishmentem poczynając od lat 60 XX wieku;
“In the 1960s, influenced by the model of a militant black civil rights movement, the “homophile movement,” as the participants dubbed it, became more visible. Activists, such as Franklin Kameny and Barbara Gittings, picketed government agencies in Washington to protest discriminatory employment policies. In San Francisco, Martin, Lyon, and others targeted police harassment. By 1969, perhaps fifty homophile organizations existed in the United States, with memberships of a few thousand.”
reszta: http://www.infoplease.com/ipa/A0194028.html
I teraz rzeczywiście można sobie po prostu traktować geja jako kolegę, a lesbijkę jako reporterkę nie zwracając szczególnej uwagi na ich orientację — ale też nie dziwiąc się, że kolega gej będzie opowiadał o weekendzie spędzonym ze swoim partnerem, a koleżanka lesbijka zwierzy nam się np z nieudanego podrywu w klubie tylko dla pań. Ale taką normalność w traktowaniu tego tematu te środowiska najpierw musiały sobie wywalczyć.
A Polska…? Jest po prostu 40 lat to tyłu z prawami osób homoseksualnych i u nas dopiero ledwie zaczyna się ten proces, który w USA już daje efekty w postaci ‘unormalnienia się’ problemu.
pazurkiem // 02/06/2007 @ 10:21 |
@julll
gdyby nie było otwartości, nie miałaby szans przetrwać rozmaitość. i odwrotnie – gdyby to nie było społeczeństwo imigracyjne, gdzie każdy jest inny i musieli jakoś się nauczyć z tym żyć, nie byliby tak, ekhem, niech będzie to głupie słowo: tolerancyjni.
z tym dzieckiem to co innego – to ta słynna pruderyjna ameryka. nie dziwię się, że jak ktoś straszy świat gołym dzieckiem, inni reagują. czy chodzenie na golasa to jakiś wyznacznik otwartości? chyba tylko we francji…
pozdrawiam,
mw
pazurkiem // 02/06/2007 @ 10:32 |
@aria
ten wpis to nie rozważania naukowe, a tylko takie luźne w gruncie rzeczy przemyślenia na temat tego, jak jest teraz. bez perspektywy historycznej. totalnie w oderwaniu od tych wszystkich rzeczy, ktore przeszły przez amerykę w latach 50.-60. (feministki, civil rights movement itede). dokładnie tak, jak u sadurskiego.
bo gdyby chcieć odwołać się do historii, musielibyśmy zauważyć, że amerykanie jeszcze parędziesiąt byli bardzo nietolerancyjnym społeczeństwem. oczywiście częściowo proces zmian dokonał się dzięki tym wszystkim ruchom walczącym o prawa obywatelskie. częściowo dzięki temu, że ci wszyscy “inni” przestali się wstydzić/bać mówić o swojej “inności”.
ale nieprawda, że my jesteśmy 40 lat do tyłu. nie jesteśmy. to, że giertych z tym małym od teorii ewolucji szaleją (zresztą jak na razie bezskutecznie), nie oznacza, że całe społeczeństwo takie głupie. a geje hałasują, jakby co najmniej ich na stosie palono. tymczasem gdyby zachowywali się jak ich amerykańscy koledzy, czyli najpierw byli wszystkim innym, a dopiero na końcu gejem – to i społeczeństwu łatwiej byłoby ich zaakceptować.
pozdr,
mw
aria // 02/06/2007 @ 11:56 |
Moim zdaniem wlasnie rozwazanie tego tematu bez swiadomosci jak to sie historycznie rozwijalo to wprowadzanie ludzi w błąd. Amerykańscy koledzy geje i koleżanki lesbijki też musiały najpierw hałasu narobić (i dotyczy to wszystkich w zasadzie dyskryminowanych grup: Czarnych, kobiet ) żeby móc sobie teraz korzystać z WYWALCZONYCH swobód.
I to nie jest tak, że geje są najpierw gejami a potem wszystkim innym — jaka bowiem szersza akceptacja przyszła z tego, że Krystian Lupa, znany reżyser teatralny, czy Jacek Poniedziałek, aktor, nie byli gejami w świadomości publicznej? Jaka szersza akceptacja dla gejów wynika z tego, że się w koncu ujawnili? Moim zdaniem znikoma. Droga walczenia o swoje jest sprawdzoną drogą uzyskiwania praw obywatelskich w społeczeństwach demokratycznych — i dlatego nie tylko nie mam nic przeciwko, ale gorąco popieram wszelkiego rodzaju akcje podnoszące visibility (nie wiem jak to zgrabnie przetłumaczyć na polski: widzialność? ) osób, które nie są obecnie tolerowane i akceptowane przez większość społeczeństwa.
A z USA można wynieść i taki przykład hasła bardzo popularnego w latach 80:
“We’re queer, we’re here, and get fuc***ing used to it” bo USA to nie tylko wtapianie się w krajobraz ale także ,a może przede wszystkim kraj w którym wiele wywalczono ostrym sprzeciwem i pokazywaniem się na przekór purytanskiej i pruderyjnej mentalności większości Amerykanów.
julll // 02/06/2007 @ 16:24 |
no to Ci się udało mnie odszyfrować, bo choć frankofilem nie jestem, to kraj ten mi z wielu przyczyn jest mi bliski od dzieciństwa :-)
otwartość polega właśnie na tym, że jeśli ktoś jest homoseksualistą, czy chce “straszyć świat gołym dzieckiem” (ja tam nic strasznego w gołym dwulatku nie widzę, wręcz, wydaje mi się on mniej straszny, niż prawdziwie przerażające nogi stukilowej Amerykanki w mini), to się tego nie komentuje i przyjmuje się go takiego, jakim jest.
“słynna pruderyjna ameryka” – no właśnie, skoro pruderyjna, to nie tak do końca otwarta (co nie wyklucza tolerancji). A brak ubrania jest jednak jakimś synonimem otwartości także, a może zwłaszcza, w Stanach, gdzie natknęliśmy się na “area clothing optional” i gdzie odbywa się Burning Man Festival.
Jewropejczyk // 02/06/2007 @ 18:53 |
Inaczej, to nie jest społeczeństwo tolerancyjne w “eurokochozowym” rozumieniu, dla eurokołchoźników to przykład nietolerancji. Bo tam po prostu pederasta, sobie żyje obok, nikt nie wraca uwagi na jego chorobę, ot jest dobrym dziennikarzem, lekarzem, prawnikiem, nikogo nie obchodzi co on robi po pracy … a i on nikomu nie krzyczy “jestem pederastom, masz być tolerancyjny i mnie kochać”. Pewnie zwykle tylko ci, którzy go lepiej znają wiedzą o jego nieszczęściu.
W sumie fajny przykład dał mój wykładowca ekonomii, opowiedział nam o swoim koledze, który gdzieś pod koniec studiów, powiedział wszystkim o swojej odmiennej orientacji, konkretnie chodził po znajomych i mówił im, że jest homoseksualistą. W końcu do kolędował i do mojego wykładowcy, i mówi: mu jestem homoseksualistą ! a ten to ok, w porządku, kolega, i co o tym myślisz, masz jakieś pytania ? a nasz profesor, ale o co miałbym Cię pytać ?. Nam powiedział, że jak to usłyszał to sam nie wiedział jak zareagować, nie wiedział też o co miałby pytać no bo przecież nie pyta się faceta przed ślubem, jak to będzie robił z żoną :).
I właśnie opowiadał to przy okazji sprawy Teletubisia, konkludując, że dla niego było ważne, że to fajny kolega. A nie jakiej jest orientacji, nie obchodziło go to. I dalej, że nie należy ludzi postrzegać przez pryzmat tego co robią w łóżku. I ma rację, tylko sami działacze gejowscy tego nie chcą.
Inny przykład, wracałem w czwartek z Olimpiady Historyczno – Prawnej, pociągiem relacji Katowice – Warszawa, oprócz naszej ekipy (UKSW), wracał też z nami UW. I profesor z UW, opowiadał inną historyjkę, jak miały być parady jeden jego znajomy też profesor już po 70, homoseksualista, miał się wybrać na operację stawów lędźwiowych, w związku z czym chodził o lasce. I znajomi żartowali sobie z niego, żeby czasami nie szedł na tą paradę, bo go sfotografują i napiszą, że spotkała kara Boża za grzeszne życie :). A on miał im powiedzieć “Proszę mnie z tymi gejami nie łączyć, ja jestem normalnym homoseksualistom”.
Więc jak widać jest w Polsce normalne podejście do tych spraw. Takie amerykańskie. Ale żeby się szerzyło trzeba przegnać Biedronie i im podobnych do Holandii.
Pozdro
AP
Jewropejczyk // 03/06/2007 @ 16:35 |
To zapraszam do siebie, już napisałem polemikę z Twoim tekstem “Lepszy nieuk od pedała”:
http://republikanin.salon24.pl/17746,index.html
Pozdro
AP
MD // 10/06/2007 @ 14:56 |
No tak. Wyzej juz napisano, ze hamerykanscy geje musieli w przeszlosci niezle nadymic, by zyc tak, jak teraz.
A co do europejskich…
Przypomnij sobie film “1492…”, zwlaszcza scene, w ktorej Kolumb obserwuje palenie na stosach plus “uwolnienie” w postaci garroty.
Jak tak sie przypomni to wszystko, to moze inaczej zaczniesz oceniac europejskie ruchy wolnosciowe…