Marta Wawrzyn

Gej kanonowy kontra gej bezkanonowy

01/06/2007 · 10 komentarzy

Amerykanie są “bezkanonowi”. Nie mają ściśle określonych wyznaczników tego, co uchodzi , a co nie. Nie ulegają skłonności do łatwego szufladkowania. Akceptują wszelką odmienność, nie zastanawiając się nad tym ani tym bardziej nie nazywając tego tolerancją.

Nie wymyśliłam tego sama. Profesor Wojciech Sadurski, florentczyk przebywający chwilowo w Nowym Jorku, popełnił wczoraj na ten temat notkę w blogu. Tekst, nie dość że jest niesamowicie napisany, to jeszcze wywołał u mnie lawinę myśli o różnicach europejsko-amerykańskich.

Najpierw może krótki cytat z wpisu florentczyka, bo tylko on tak ładnie potrafi powiedzieć, o co chodzi:

Otóż wydaje mi się, że tym, co najbardziej definiuje Amerykę (a mam na myśli, z karygodnym może skrótem, USA) w kontraście do Europy, to cecha, którą określiłbym jako “brak kanonów”. Czyli (tu moje copyright na nowe słowo) “bezkanonowość”.

Uwaga: nie chodzi mi o: brak dogmatów, brak aksjomatów, brak oczywistych pewników itp. To wszystko mamy również w europejskiej tradycji – obok, rzecz jasna, także równoległej tradycji opartej właśnie na mocno przyswojonych dogmatach, aksjomatach, pewnikach. Chodzi mi właśnie o brak “kanonów”, czyli nieformalnych, ale mimo to wyraźnie obowiązujących społecznie wyznaczników oceniania (i egzekwowania: choćby przez towarzyski ostracyzm) tego co jest piękne, przyzwoite, rozsądne, słuszne, itp.

I jeszcze przykład, co to takiego ta “bezkanonowość”:

Gdybym w Europie założył zieloną marynarkę do czerwonej koszuli i żółtych spodni, ludzie ubawili by się i pewno nawet pochwalili mnie za niesamowity wygłup, a za moimi plecami stukali się w czoło, uważając, że Sadurski zwariował. Tu jest to rzeczą zupełnie normalną i nikt nie uzna że tak ubrany koleś robi sobie jaja. On po prostu tak się ubiera. I niekoniecznie dlatego, że ma fatalny gust – ale dlatego, że w czymś takim, jak gust w ubraniach, tu nie ma kanonów.

Łapiecie, w czym rzecz? Nie jestem pewna, czy aby to załapać i naprawdę poczuć, w czym rzecz, nie trzeba choć raz być w Ameryce. Ale ufam świetnemu pióru prof. Sadurskiego. Ja w każdym razie czytając ten wpis, poczułam, że florentczyk bardzo zgrabnie zdefiniował to, co gdzieś tam kołatało mi się w umyśle podczas mojego pierwszego i jedynego jak do tej pory pobytu w Nowym Świecie.

Bo uniwerek stanu Missouri, na którym miałam przyjemność poznawać uroki amerykańskiego życia akademickiego to prawdziwe siedlisko bezkanonowości właśnie. Redakcja “Columbia Missourian”, złożona w dużej mierze z wykładowców i studentów tamtejszego instytutu dziennikarstwa tym bardziej. Istne zbiorowisko ludzi, których w Europie byśmy uznali za ekscentryków. Tam o nich mówiono i – jak podejrzewam – myślano co najwyżej, że się wyróżniają. Że są w czymś dobrzy. Że potrafią porwać słuchaczy. Że świetnie piszą. Że pan X ma fajną marynarkę z wężowej skórki (a nie że ubiera się jak dziwak, bo do niczego mu te węże nie pasują). Że panna Y (pewna sympatyczna, acz strasznie hałaśliwa studentka) nawet dzwoniąc do gubernatora jest w stanie wrzucić do rozmowy słówko “sweetheart” albo “honey”. Pół redakcji się zaśmiewało, słuchając rozmów telefonicznych dziewczyny z najróżniejszymi oficjelami i nie tylko, ale czy ktoś poza mną zastanawiał się tam, czy jej sposób bycia jest “właściwy”? Wątpię.

No dobrze, a co z tym gejem z tytułu? Ano właśnie. Pracuje w redakcji “Missouriana” pewien reporter. Świetny ponoć. Nazwisko pozwolę sobie przemilczeć. Kiedy po raz pierwszy przyszedł na wykład opowiedzieć co nieco o swojej pracy, rzuciły mi się w oczy głównie “miękkie” ruchy i wysoki charakterystyczny głos. Pomyślałam sobie, że pewnie jest gejem. W sumie nawet nie złośliwie. Bez żadnych dalszych konotacji (do dziś zresztą nie wiem, czy faktycznie jest gejem, wiem tylko, że świetnie pisze). Mimo to wątpię, żeby którykolwiek z moich amerykańskich kolegów najpierw pomyślał, że to pewnie gej, a dopiero potem: łał, ten facet to niezły reporter.

Bo w Ameryce – IMO – owa bezkanonowość przekłada się też na kwestię orientacji seksualnej. Pisałam kiedyś, choćby w Pardonie, że w Polsce homoseksualiści robią ze swojej orientacji sprawę polityczną. I że terroryzują niejako swoimi kolorowymi paradami heteroseksualną większość, nic zresztą w ten sposób nie osiągając. Oberwało mi się wtedy i z prawa, i z lewa. Z prawa, bo wystarczyło napisać, że nie mam nic przeciw gejom. Z lewa, bo nie podobają mi się parady. Bo wolę inny sposób uprawiania, bądź co bądź, polityki.

No właśnie. W Europie homoseksualiści paradują, a w Ameryce gej po prostu jest gejem. Nie mówi się tam o tolerancji dla odmienności seksualnej. Po prostu przyjmuje się do wiadomości, że ktoś woli osoby tej samej płci i już. Nie pyta się o więcej. Bo nikogo to specjalnie nie podnieca. To tak jakby ekscytować się tym, że ktoś jest rudy, łysy albo gruby. Słowo “tolerancja” i zjawisko tzw. tolerancji to rzeczy wybitnie europejskie. Jeżeli uważamy, że coś należy tolerować, to znaczy, że tego nie akceptujemy. Że uważamy za jakieś dziwactwo. Za inność.

Sami europejscy geje zresztą to nakręcają. W Stanach gej jest przede wszystkim kolegą, nauczycielem, muzykiem, bratem etc. Czasem chadza do knajp dla gejów na podryw czy na cokolwiek innego, czasem siedzi sobie w zwykłym barze z kumplami heterykami. Jak chce prawa do zarejestrowania związku ze swoim przyjacielem, walczy nie na tęczowej barykadzie, ale w lokalnym samorządzie. Efekt? Niektóre stany w tej tzw. pruderyjnej Ameryce mają w tym zakresie znacznie bardziej liberalne ustawodawstwo niż “postępowa” Europa, wrzeszcząca o potrzebie tolerancji tudzież równości.

To tylko jeden z przykładów, co Ameryka osiąga dzięki owej bezkanonowości. I dowód na to, że tamtejsze społeczeństwo jest jedynym w 100% otwartym i – wedle europejskich kryteriów – tolerancyjnym. A także główny chyba powód, dla którego amerykańska soft power, mimo ciągłego psioczenia różnych malkontentów, wciąż ma gigantyczną moc sprawczą.

by Marta Wawrzyn, 01.06.2007, godz. 23.24

Kategorie: Ameryka · Seks · Społeczeństwo