Archiwum dla maj, 2007

30
maj

Zabić teletubisie!!!

W serwisie Grymix.pl znalazłam gierkę, która kompletnie mnie rozwaliła, jako że znakomicie pasuje do panujących nastrojów. Nazywa się “zabij teletubisie” i jest dostępna TUTAJ.

Są nawet 3 rodzaje broni dostosowane do odległości, w jakiej znajduje się potencjalna ofiara. Piła, jak jest blisko, pistolet, jak się pojawia w średniej odległości, karabin snajperski, jak wyłania się w oddali. Uwaga! Szybko kończą się naboje. Z własnego doświadczenia mówię:D

Tak to mniej więcej wygląda:

Sielanka, nieprawdaż? A jaka perwersyjna! Oczywiście tego też nie wymyślili Polacy;)

Enjoy!!!

by Marta Wawrzyn, 29.05.2007, godz 12.39

29
maj

Jak być bezczelnym i sprawić, żeby Cię za to kochali

Profesorem w tej dziedzinie jest mój ulubiony kandydat na kandydata na prezydenta Rudy Giuliani. “The New York Times wyciąga dziś parę niezłych smaczków z kampanii Giulianiego.

Poniżej przykładowe cytaty z rozmów z wyborcami (za “NYT”, pozwalam sobie pozostawić oryginał, bo moje tłumaczenie pewnie by zabiło urok w tych wypowiedziach).

Odpowiedź na pytanie o to, za co świat nienawidzi Ameryki i czy przypadkiem nie interpretujemy niewłaściwie słowa dżihad:

Ma’am, I really respectfully disagree. Maybe I’ll answer your question with a question. Respectfully, again, I don’t think you understand the nature of the threat.

Inny fragment z wiecu:

They hate you. They don’t want you to be in this college, or you, or you — —. And you can’t wear that outfit because you’re showing your arms. This is reality, ma’am. This isn’t me making it up. I saw reality after 9/11. You’ve got to clear your head.

Jeszcze raz o terrorystach:

Right now, as we sit here enjoying breakfast, they are planning on coming here to kill us. I don’t blame people for not getting it before 9/11. But I do blame people who don’t get it now.

Na koniec wyznanie wiary Rudy`ego:

And I’ve got the candidate who can get it done. Me.

Skrajna bezczelność! Ale jaka urocza:) Nie to, co McCain, który jak coś walnie, to aż się wszyscy chowają po kątach.

Go Rudy!

by Marta Wawrzyn, 29.05.2007, godz. 11.11

28
maj

Homotubisie, czyli za co tak bardzo, bardzo kocham “Wprost”

Tygodnik “Wprost” kochałam zawsze miłością wielką i - jak mi się nawet przez moment zdawało - prawie odwzajemnioną. Ale za to, jak pięknie wkręcił nas wczoraj, należy mu się co najmniej Pulitzer. No bo przecież nie nagroda Darwina.

Wczoraj mianowicie moi niezrównani idole zamieścili na stronie internetowej fragmenty wywiadu z panią rzecznik Sowińską. Sama się zastanawiałam, jak to możliwe, że rzeczniczka wpadła na pomysł, który przerabiali już baaardzo dogłębnie Amerykanie parę lat temu. Założyłam, że ktoś z jej otoczenia zapodał jej szczątkowe jedynie informacje - czyli powiedział, że jest problem propagandy homoseksualnej w “Teletubisiach”, ale zapomniał ją poinformować o tym, że w Stanach jej tropienie skończyło się kupą śmiechu. Mimo wszystko coś mi w tym wszystkim nie grało.

No i przeglądam sobie dziś papierowy “Wprost”, a tam rzecz następująca (boldem pytania dziennikarzy tygodnika):

Wprost: Niektórzy twierdzą, że homoseksualizm jest promowany nawet w bajce “Teletubbies”.

Sowińska: Słyszałam o tym problemie. Sprawa jest niezwykle delikatna, bo ta bajka jest wyjątkowo przez dzieci lubiana. Mnie się zdarzyło kiedyś obejrzeć jeden z odcinków i muszę przyznać, że te postaci wydały mi się bardzo sympatyczne. Jest jednak prawdopodobnie problem jednej z postaci

Tinky Winky?

Zauważyłam, że ma damską torebkę, ale nie skojarzyłam, że jest chłopcem. W pierwszej chwili pomyślałam, że ta torebka musi temu teletubisiowi przeszkadzać. Taki balast niepotrzebny. Później się dowiedziałam, że w tym może być jakiś ukryty homoseksualny podtekst.

Zareaguje pani?

Poproszę moich psychologów z biura, by obejrzeli bajkę „Teletubbies” i ocenili, czy może być ona pokazywana w telewizji publicznej i czy sugerowany problem naprawdę istnieje.

Bardzo nie lubię słowa “manipulacja”, którym obrzuca się nonstop dziennikarzy. Ale zważywszy, że wczoraj nam zaserwowano poucinane fragmenty wypowiedzi, bez pytań dziennikarzy, za to opatrzone wyrażeniami typu: “twierdzi Sowińska”, “deklaruje Sowińska”, trudno jest mi znaleźć inne odpowiednie określenie na to, co się wczoraj działo. Padliśmy ofiarą manipulacji.

Zgrabnej, w gruncie rzeczy dowcipnej i profesjonalnie zrobionej, mimo to jakoś mi się ręce same nie składają do oklasków. Bo zrobiła się afera, a rzecznik Sowińskiej oberwało się w sumie niesłusznie. Zgrzeszyła głównie naiwnością. Skąd mogła wiedzieć, że podkładają jej właśnie odgrzewaną świnię? Nawet my, dziennikarze, zorientowaliśmy się, że to nie polski wynalazek dopiero kilka godzin po internetowej publikacji “Wprost”!

Rzeczniczce jest dziś zapewne strasznie głupio, tym bardziej że wezwał ją na dywanik sam marszałek Dorn, który zarzucił jej, że naraża urząd państwowy na śmieszność. Faktycznie naraża, choć nie całkiem świadomie. Zastanawia mnie jednak, czy ona w ogóle wie, że istnieje taki wynalazek jak autoryzacja? Dała się wkręcić, OK, zdarza się. Mogła to wyciąć. Mogła szybko się wycofać.

Tymczasem zamiast zakończyć sprawę szybko i w miarę elegancko, ona wciąż tłumaczy, że co prawda nie uważa “Teletubisiów” za szkodliwe, ale warto im się przyjrzeć, bla bla bla. Warto to się co najwyżej od nich odczepić!

Tym bardziej, że - jak twierdzi psycholog dziecięcy i redaktor naczelna pisma “Rodzice” Magdalena Borzymińska - teletubisie najzwyczajniej w świecie są bezpłciowe. Nie są ani dziewczynkami, ani chłopczykami. Są stworkami z kosmosu. To tylko lektorzy mówią damskimi bądź męskimi głosami. Bo i jak niby miałyby mówić?

Zostawmy w końcu malutkie teletubisie!

Swoją drogą, ci mili państwo od wywiadu z Sowińską, Katarzyna Nowicka i Marcin Dzierżanowski, musieli mieć wczoraj niezły ubaw, że tak pięknie udało im się podpuścić cały polski internet. Gratulować jednak nie będę. Pozostanę przy prawie odwzajemnionej miłości.

by Marta Wawrzyn, 28.05.2007

27
maj

Tinky Winky z ”Teletubisiów” jest gejem!

Świat oszalał do reszty. Rzecznik praw dziecka Ewa Sowińska uważa, że wśród “Teletubisiów” znajduje się gej, w związku z czym bajkę mają zbadać psychologowie. Pod kątem zawartej w niej propagandy homoseksualnej.

Prima aprilis? Nie, jutrzejszy “Wprost”.

Smakowity cytat z wywiadu tygodnika z panią rzecznik:

Zauważyłam, że Tinky Winky ma damską torebkę, ale nie skojarzyłam, że jest chłopcem. W pierwszej chwili pomyślałam, że ta torebka musi temu teletubisiowi przeszkadzać. Taki balast niepotrzebny. Później się dowiedziałam, że w tym może być jakiś ukryty homoseksualny podtekst.

Faktycznie, z torebką biega, znalazłam nawet obciążające go foto:

Ktoś ma siłę to wszystko skomentować? Ja niestety wysiadam…

Poza tym na szczęście nie mam czasu myśleć o nieszczęsnej propagandzie, a Gniewko napisał niedawno świetny tekst na temat czegoś, co nazwane zostało propagandą homoseksualną, może tam gdzieś w komentarzach jest odpowiedź na pytanie, co to.

Ale jak się dowiem, że “Buźka” z “Drużyny A” był tak naprawdę gejem, to zacznę starać się o azyl w Holandii. Słowo harcerki! Którą czasem… no wiecie… bywam…

AKTUALIZACJA

Ufff. Po pierwsze: danz, serdeczne dzięki za link do BBC. Obadałam nieco sprawę i wyszło mi, że Tinky Winky nie od dziś uchodzi za ikonę gejowską. Opisywały to najprzeróżniejsze gazety, a dopiero potem zabrał się za niego pastor Falwell.

Po drugie: wyszedł z tego tekst dla Pardonu. Polecam! Pani rzecznik nieźle się obrywa za pomysły nie dość że głupie, to jeszcze skopiowane z Zachodu. Skopiowane zresztą bez większego zastanowienia, no bo skoro tam tyle się nad tym głowili i w końcu uwierzono twórcom bajki, że to naprawdę magiczna torebka, to czemu Sowińska uważa, że wykryje coś więcej???

Po trzecie: siedzisz sobie, jest piękna niedziela, nic się specjalnego nie dzieje, a tu “Wprost”, jak prawie w każdą piękną niedzielę wywleka takie cudo, że palce lizać;) Heh;)

Foto pochodzi ze strony BBC

by Marta Wawrzyn, 27.05.2007

25
maj

Piraci z Karaibów 3: Niby warto, ale…

No to po piratach. Było… tak jak zwykle. Czyli bez fajerwerków i niespodzianek. Na znanym z obu poprzednich części, wysokim, równym poziomie. Ale nic ponadto. Raczej stare małżeństwo niż ekscytujący romans:)

Spostrzeżenia w punkcikach:

1.3 godziny to za długo, by spokojnie wysiedzieć w jednym miejscu.
2.W dodatku przez pierwszą godzinę dość mocno nawala spójność i ma się wrażenie, że zapomnieli napisać scenariusza tudzież poustawiać sceny po kolei.
3.Niezła druga połowa. Tym razem postawili raczej na sceny bitew morskich, niż indywidualne pojedynki, i wyszli na tym nieźle. Jedna, na oko półgodzinna sekwencja naprawdę robi wrażenie - ogromem wszystkiego i pieczołowitością, z jaką pokazano najdrobniejsze szczegóły.
4.Jack Sparrow troszeczkę się rozmnożył:)
5.Ale w Johnnym Deppie niestety więcej rutyny, niż szaleństwa znanego z poprzednich części.
6.Znacznie poszerzona rola Keiry Knightley. Właściwie to był film panny Elizabeth, a nie kapitana Sparrowa. I dziewczyna nie zawiodła! Uganiała się z szabelką, uwodziła, darła się na gromadę facetów etc. I zastanawia mnie tylko taka jedna drobna rzecz - jakim cudem miała jeszcze czas nogi golić. To tak `a propos sceny finałowej:)
7.Zabawne dialogi i powiedzonka jak zawsze są. Ale w porównaniu z poprzednimi częściami, sala rzadko ryczała ze śmiechu.
8.Wredny manewr z otwartym zakończeniem. Grozi tasiemcem.

Słabość do “Piratów” wciąż jednak mam i 3 godzin żywota tak czy owak nie żałuję:) I ustawiam sobie jako tapetę taki oto obrazek:

by Marta Wawrzyn, 25.05.2007, godz. 02.04

24
maj

Piraci z Karaibów: Czy porwą nas po raz trzeci?

Jutro premiera trzeciej części kultowych “Piratów z Karaibów”, no a dziś przedpremiera, na którą przypadkiem zaraz się wybieram:)

Jako wielbicielka rumu, Johnny`ego Deppa w wersji absurdalnej i porządnych “american shit”, dwie pierwsze części oczywiście kocham miłością wielką i bezgraniczną. Trzecia wygląda nieco mroczniej, a poza tym tak samo:) Czy znów im się uda? Nie wiem. Nawet recenzji nie czytałam. Widziałam jedynie trailer:

Taki sobie, szczerze powiedziawszy. Mimo to piracka część mej duszy ma wciąż nadzieję, że warto im poświęcić 3 godzinki życia. Zobaczymy. Będzie relacja po powrocie:)



by Marta Wawrzyn, 24.05.2007, godz. 16.07

24
maj

What the hell is pug, czyli rzecz o potworze

Nieoceniony serwis “The Onion” uświadomił mi dziś rzecz ważną. Nie zastanawiałam się nad nią co prawda od września 2006, ale za to w tymże wrześniu interesowała mnie intensywnie.

We wrześniu właśnie miałam przyjemność przebywać w miasteczku Columbia, Missouri, najbliższe ośrodki cywilizacji St. Louis, 64 mile do przebycia, i Kansas City, też dokładnie 64 mile. Stażowałam tam sobie w redakcji gazety lokalnej “Columbia Missourian”, poznając przy okazji uroki amerykańskiego życia kampusowego.

“Missourian” jest gazetą specyficzną, bo jej dziennikarzami w ogromnej większości są studenci Instytutu Dziennikarstwa uniwersytetu stanu Missouri, prowadzeni oczywiście przez profesjonalny zespół reporterów. A tak poza tym jest to taka sobie zwykła gazeta lokalna, która pasjonuje się wszystkimi ważnymi dla miasteczka eventami.

Już podczas mojego pierwszego zebranka redakcyjnego, bodaj w dwa dni po przybyciu, pojawił się event niesamowicie intrygujący. Było to mianowicie wielkie weselisko lokalnych celebrities. Pani Whitney Ann Kroenke, gwiazdeczka estrady, wychodziła za mąż za Bena Burditta, byłego gwiazdora futbolu.

Mój tamtejszy szef, przesympatyczny kowboj John Schneller, zachwycony narzuconym tematem co niemiara, na tymże zebraniu wyrzucał z siebie wredniastym tonem fakty na temat uroczej pary, a z każdym jego słowem jadu na temat prowincjonalnych gwiazdek i ich prowincjonalno-wielkoświatowego stylu życia przybywało.

W pewnym momencie szef kochany wyrzekł słowo, które, sądząc z reakcji otoczenia, wydało się cokolwiek obce nie tylko mnie. Powiedział mianowicie, że pani Whitney Ann ma zwyczaj chodzić z czymś, co się nazywa “pug” pod pachą. Moja, niezwykle ciekawska, hałaśliwa etc. koleżanka z Kanady, właściwie Quebecois, a więc francuskojęzyczna, Kate Larue, zrobiła wielkie oczy i zapytała prosto z mostu: “what, the hell, is pug???”.

Schneller, który miał z dziewczęciem do czynienia już miesiąc, a nie dwa dni jak ja, wcale się nie zdziwił, machnął lekceważąco ręką i odrzekł: “it`s a beast, pretty awful”. Gdzieś tam oczywiście w umyśle kołatała mi się myśl, że to pewnie jakieś psisko, na kształt tego, co to taszczą ze sobą Doda albo Paris Hilton, tylko brzydsze. Mimo to jakoś nie mogłam się powstrzymać przed drążeniem tematu i zapytałam: “is it similar to pig?”. Schneller spojrzał z uznaniem i odpowiedział coś w rodzaju: “yeah, yeah, something like that, but fatter”.

Podejrzewam, że w tym momencie 100% składu redakcji - dla jasności dodam, że w lwiej części byli to Amerykanie, a więc ludzie, którym język angielski przynajmniej teoretycznie obcy nie jest - nie miało bladego pojęcia, jak taki “pug” może wyglądać. Część pewnie szybko wyguglowała sobie, co to za bestyja, a ja się akurat gdzieś spieszyłam, więc sprawa bestii jakoś mi się zapomniała.

Na marginesie: wyszedł z tego bardzo fajny tekst, autorstwa wspomnianej Kate Larue i najlepszej chyba reporterki w Columbii Sary Wilson, który dostępny jest tutaj.

A co z tą bestią? No właśnie. Fantastyczny “The Onion” uświadomił mi wreszcie, po tych wszystkich miesiącach życia w nieświadomości, jak toto wygląda. Przy okazji bardzo trafnie opisał wady potwora.

Pytanie na marginesie: Czy ktokolwiek wie, jak się toto nazywa po polsku? To tak z ciekawości jeno:)

by Marta Wawrzyn, 24.05.2007, godz. 14.26

grafika pochodzi z witryny “The Onion”

24
maj

Jest już pierwsza ambasada w ”Second Life”

Jak donosi PAP za dziennikiem “The Times”, malutkie państewko Malediwami zwane ma już od wtorku wirtualną ambasadę. Placówki takie planują też otworzyć kolejne kraje.

Taka to właśnie depesza przyszła sobie dziś do nas i natychmiast wywołała spór między mną a moim drogim redakcyjnym kolegą. On mianowicie zachwycony odkryciem w CMS-ie informuje mnie, że Malediwy właśnie otworzyły ambasadę w “Second Life”, ja zdziwiona wołam: - Ale przecież Szwecja ma już taką chyba z pół roku! Pisaliśmy o tym nawet.

Sprawdziliśmy, i cóż się okazało? Że Szwedzi, z iście skandynawskim wigorem, otwierają swoją placówkę już od stycznia i otworzyć nie mogą. Podobno 30 maja nastąpi w końcu finał tych ichnich mąk. W sumie zrobiło mi się całkiem miło, bo zawsze przyjemniej być, choćby ze względu na walory klimatyczne, dumnym przyjacielem Malediwów, niż Szwecji.

Po co małemu wyspiarskiemu państewku placówka dyplomatyczna w wirtualnym świecie? Ano po to, aby i tam kreować swój wizerunek. Reklamować się. Malediwy uważają, że małe państwa mają ograniczone możliwości w świecie rzeczywistym, więc czemu nie spróbować szczęścia w wirtualu? Z własnego blogerskiego doświadczenia wiem, że rząd Malediwów ma rację. Nic w każdym razie nie traci. I dołącza do takich marek i instytucji jak choćby General Motors, Toyota, BBC, Reuters, no i nasz polski “Przekrój”.

Jak donosi PAP. przedstawicielstwa dyplomatyczne w “Drugim Życiu” planują też otworzyć Malta, Macedonia i Filipiny. A może by tak… Polska? W końcu nasz wizerunek w świecie wymaga poprawy jak mało co.

by Marta Wawrzyn, 24.05.2007, godz. 12.28

21
maj

Z cyklu “Pracowałem dla satrapy”

Telewizja Al-Dżazira przedstawia wywiad z człowiekiem, który wykonywał miecze dla Saddama Hussajna. 5-minutowa opowieść o tym, jak to się robiło broń dla dyktatora, a także o Iraku wtedy i dziś. Mężczyzna o nazwisku Sayyed Haidar Ahmed Muhsin nie mieszka już w Iraku, ale w Egipcie. Sama opowiastka troszkę płytka, ale nadrabia egzotyką. Bo konia z rzędem temu, kto kiedykolwiek zastanawiał się nad tym, czy Saddam miał własnego człowieka do robienia mieczy!

Wersja wideo:

I wersja pisana, z portalu Al-Dżazira.

Na marginesie, `a propos Iraku: wczoraj pisałam o serialu “Hometown Baghdad”, kręconym przez grupkę młodych mieszkańców Bagdadu kamerą ręczną, a następnie wrzucanym na YouTube Serial jest absolutnie świetny i cieszy się gigantyczną popularnością - głównie chyba dlatego, że bezpretensjonalny. Grupka studentów i absolwentów, która czasem zachowuje się niemal jak nowojorscy “Przyjaciele” pokazuje nam po prostu swój świat. Codzienność, w lwiej części kompletnie nam - bombardowanym codziennie doniesieniami agencji o kolejnych zamachach - nieznana. Postaram się do tego tematu jeszcze powrócić, bądź to w miarę jak się serial będzie rozwijał (w co nie wątpię), bądź jak ogarnę różne publikacje na jego temat.

Złość. Ból. Śmierć. Szaleństwo. Graffiti. Czyli mój ulubiony odcinek. Choć przyznam, nie miałam czasu zobaczyć wszystkich, więc może zmienię jeszcze zdanie w tej kwestii:)

by Marta Wawrzyn, 21.05.2007, godz. 09.55

20
maj

Jutrzejszy “Newsweek”, czyli mamy agenta!

Ryszard Kapuściński współpracował z PRL-owskimi służbami - wynika z rozmowy “Newsweeka” z Ernestem Skalskim. Nie wynika z niej natomiast, że Kapuściński komukolwiek podpisaniem lojalki zaszkodził. I po, przyznaję, pobieżnej lekturze wywiadu, jestem skłonna tę wersję zaakceptować i nie pytać o więcej.

Pytanie tylko, czy po takim materiale w “Newsweeku” nie rozpęta się znajome piekiełko pod tytułem “Mamy agenta!”. Janusz Korwin-Mikke zaczął już w dniu śmierci reportera…

Okładka “Newsweeka”, a na niej “Teczka pisarza”:

 

by Marta Wawrzyn, 20.05.2007