Nieoceniony serwis “The Onion” uświadomił mi dziś rzecz ważną. Nie zastanawiałam się nad nią co prawda od września 2006, ale za to w tymże wrześniu interesowała mnie intensywnie.
We wrześniu właśnie miałam przyjemność przebywać w miasteczku Columbia, Missouri, najbliższe ośrodki cywilizacji St. Louis, 64 mile do przebycia, i Kansas City, też dokładnie 64 mile. Stażowałam tam sobie w redakcji gazety lokalnej “Columbia Missourian”, poznając przy okazji uroki amerykańskiego życia kampusowego.
“Missourian” jest gazetą specyficzną, bo jej dziennikarzami w ogromnej większości są studenci Instytutu Dziennikarstwa uniwersytetu stanu Missouri, prowadzeni oczywiście przez profesjonalny zespół reporterów. A tak poza tym jest to taka sobie zwykła gazeta lokalna, która pasjonuje się wszystkimi ważnymi dla miasteczka eventami.
Już podczas mojego pierwszego zebranka redakcyjnego, bodaj w dwa dni po przybyciu, pojawił się event niesamowicie intrygujący. Było to mianowicie wielkie weselisko lokalnych celebrities. Pani Whitney Ann Kroenke, gwiazdeczka estrady, wychodziła za mąż za Bena Burditta, byłego gwiazdora futbolu.
Mój tamtejszy szef, przesympatyczny kowboj John Schneller, zachwycony narzuconym tematem co niemiara, na tymże zebraniu wyrzucał z siebie wredniastym tonem fakty na temat uroczej pary, a z każdym jego słowem jadu na temat prowincjonalnych gwiazdek i ich prowincjonalno-wielkoświatowego stylu życia przybywało.
W pewnym momencie szef kochany wyrzekł słowo, które, sądząc z reakcji otoczenia, wydało się cokolwiek obce nie tylko mnie. Powiedział mianowicie, że pani Whitney Ann ma zwyczaj chodzić z czymś, co się nazywa “pug” pod pachą. Moja, niezwykle ciekawska, hałaśliwa etc. koleżanka z Kanady, właściwie Quebecois, a więc francuskojęzyczna, Kate Larue, zrobiła wielkie oczy i zapytała prosto z mostu: “what, the hell, is pug???”.
Schneller, który miał z dziewczęciem do czynienia już miesiąc, a nie dwa dni jak ja, wcale się nie zdziwił, machnął lekceważąco ręką i odrzekł: “it`s a beast, pretty awful”. Gdzieś tam oczywiście w umyśle kołatała mi się myśl, że to pewnie jakieś psisko, na kształt tego, co to taszczą ze sobą Doda albo Paris Hilton, tylko brzydsze. Mimo to jakoś nie mogłam się powstrzymać przed drążeniem tematu i zapytałam: “is it similar to pig?”. Schneller spojrzał z uznaniem i odpowiedział coś w rodzaju: “yeah, yeah, something like that, but fatter”.
Podejrzewam, że w tym momencie 100% składu redakcji - dla jasności dodam, że w lwiej części byli to Amerykanie, a więc ludzie, którym język angielski przynajmniej teoretycznie obcy nie jest - nie miało bladego pojęcia, jak taki “pug” może wyglądać. Część pewnie szybko wyguglowała sobie, co to za bestyja, a ja się akurat gdzieś spieszyłam, więc sprawa bestii jakoś mi się zapomniała.
Na marginesie: wyszedł z tego bardzo fajny tekst, autorstwa wspomnianej Kate Larue i najlepszej chyba reporterki w Columbii Sary Wilson, który dostępny jest tutaj.
A co z tą bestią? No właśnie. Fantastyczny “The Onion” uświadomił mi wreszcie, po tych wszystkich miesiącach życia w nieświadomości, jak toto wygląda. Przy okazji bardzo trafnie opisał wady potwora.

Pytanie na marginesie: Czy ktokolwiek wie, jak się toto nazywa po polsku? To tak z ciekawości jeno:)
by Marta Wawrzyn, 24.05.2007, godz. 14.26
grafika pochodzi z witryny “The Onion”